poniedziałek, 22 grudnia 2014

Ostatnie dni w Hiszpanii.

   Próbuję przypomnieć sobie moje ostatnie dni  Hiszpanii i to, co działo się w mojej głowie. Oczywiście nie chciałam opuszczać tak pięknej ziemi, słońca, znajomych ale byłam zmęczona mieszkaniem w małej miejscowości, rozpieszczonymi dziećmi, brakiem  jakiejś głębszej komunikacji z ludźmi. W ciągu dwóch miesięcy i dwóch dni miałam jeden dzień tęsknoty, sporo płakałam ale świadomośc, że mam czas do września przypominała o korzystaniu z dni.
   Pobyt w Cambrills mnie męczył i chciałam wracać do mojej miejscowości by pożegnać się ze wszystkimi i wszystkim, porobić ostatnie zdjęcia. W sobotę wróciłam z Cambrills a w środę (czy czwartek?!) miałam lecieć. Tego dnia natłok myśli i odczuć dał się we znaki i moja frustracja niemożności pełnego porozumienia się z Hiszpanami sięgnęła punktu maksymalnego. Dzień wcześniej w rozmawiałam z Eleną, jedną z najbliższych mi osób tutaj (to ona mnie wybrała na przyszłą au pair, pomagała, mogłam się do niej zwrócić z każdym problemem), planując spotkanie następnego dnia. Nie umówiłyśmy się na konkretną godzinę, po prostu do spotkania miało dojść. Normalnie zawsze planuję wszystko jednak moja czujność została uśpiona przez nieznajomość liczb na tarczy zegara osób z mojego otoczenia i wszechobecnego "jakoś to będzie". Założyłam, że do spotkania po prostu dojdzie. Rozpakowywałam się i moi host rodzice powiedzieli, że idą do dziadków i czy chcę iść z nimi. Zapytałam się, czy będzie szansa na skajpa. W odpowiedzi dostałam oświadczenie, że rodzice żony brata mojej host mamy przychodzą w odwiedziny-czyli, nie wypada?-pomyślałam i zostałam w domu. Zaczęłam się pakować, zbliżała się pora kolacji, rodzina wróciła. Okazała się, że była tam też Elena, która nie powiadomiła mnie o swojej obecności, bo myślała że śpię/jestem zmęczona po podróży i nie chce mnie budzić. Ręce mi opadły. Oczywiście winiłam siebie, mogłam sama dopilnować, by spotkanie doszło do skutku. Na prawdę zależało mi na pożegnaniu i podziękowaniu. Następnego dnia mieliśmy jechać na kolejną fiestę do miejscowości, której nazwy nie pamiętam. Cieszyłam się, bo miał to być mój ostatni raz. Mieliśmy jechać, kolejny raz o bliżej nieokreślonej godzinie. Wyszło tak, że miałam 5 minut na przygotowanie się i wskoczenie do auta. Te dwa dni trochę mnie zawiodły i nawet cieszyłam się na powrót do Polski.
A potem przyszedł poniedziałek. Chciałam spędzić ostatnie chwile z dziećmi, rodziną, przyjaciółmi. We wtorek po pracy pojechałam na zakupy i  ostatni spacer po ulicach i uliczkach Tudeli. Przypominałam sobie moje pierwsze chwile, uczucia, emocje. Wysiadłam na przystanku w mojej miejscowości i czułam, że idę w gorącej zupie. Mimo wszystko nie narzekałam, bo miałam w głowie polskie temperatury.
   Postanowiłam, że nie będę płakać. Ja, Sylwia, przyjechałam pod koniec czerwca początkowo jako atrakcja w kilkusetnej wsi całkowicie się zaklimatyzowałam i zostałam bardzo ciepło przyjęta. Teraz, pod koniec sierpnia miałam wrócić tam, skąd przyleciałam. Ostatniego dnia rano, jak zwykle przygotowałam śniadanie i weszłam na górę po Leyre, która miała problem ze wstawaniem. W tym momencie miała miejsce niezwykła rozmowa, przeprowadzona w całości w Present English o konieczności mojego powrotu. Sukces edukacyjny osiągnięty! Po ostatnim obiedzie u mojej host babci, Silvia zabrała dzieci do sklepu a ja miałam dokończyć pakowanie. Całą drogę do domu ryczałam.  Poszłam na basen,  końcu miałam iść pożegnać się z dziewczynami. Gdy odchodziłam z plecakiem czarnowłosy czterolatek, który miał na moim punkcie bzika złapał mnie za rękę i upewniał się, czy jeszcze się zobaczymy. Iker gdy tylko mnie zobaczył biegł do mnie, dawał mi całusa i dosłownie skakał wokół mnie. Na kolacji pojawiła się dodatkowa ósemka adorujących mnie dzieci, która postanowiła zrobić mi niespodziankę. Przyszła też Natalia, przyjaciółka moja i rodziny.

    W stronę słońca!

     Widok z okna.

   Jeden z obrazków, który dostałam od Leyre. Ten od Pablo bardzo dużo dla mnie znaczy, wsunął mi go przez szparę w drzwiach, bo był zbyt zmieszany by wręczyć osobiście. 

czwartek, 18 grudnia 2014

Sitges!

   Podczas tygodniowego, nudnego pobytu dzięki pogodzie dalekiej od ideału udaliśmy się do Sitges. Od razu skojarzyłam tą miejscowość z Gosią, która była au pair w tym miejscu i dzięki której dodałam Hiszpanię do możliwości wylotu. Niestety nie zostałam na noc. Mimo wszystko była to miła odmiana podczas mało ekscytujących rodzinnych wakacji.






piątek, 12 grudnia 2014

Wakacje na wakacjach, Madryt i Cambrills część II.

   Dwadzieścia minut przed planowanym odjazdem wpadłam na dworzec, na szczęście szybko przeszłam "odprawę" i rozsiadłam się w moim owianym zachwytami pociągu. Zamówiłam nawet po hiszpańsku jedzenie. Gdy wysiadłam poczułam różnicę w wilgotności powietrza w porównaniu do mojego rejonu, gdzie jest bardzo sucho. I tak czułam się dobrze, byłam podekscytowana morzem, które miałam za chwilę zobaczyć. Przejechaliśmy też przez Salou, miejsce, w którym Eliska spędzała swoje wakacje z rodziną.  Jest bardzo popularne wśród Niemców i Francuzów, w Cambrills obok hiszpańskiego słychać było równie często język rosyjski. Po 15 miutach szukania miejsca parkingowego znaleźliśmy miejsce, z balkonu pomachalam do Silvii, która powiadomiła Pablo o moim przyjeździe. Ten uradowany wybiegł i krzyknął "Helloł Sylwia". Nie widziałam się z nimi dwa dni, największa jak dotąd rozłąka. Otworzyłam drzwi i przyczepiły się do mnie dwie małe rozemocjonowane rzepy :). Zaczęły po mnie skakać, oprowadzać po wynajętym mieszkaniu. Moje serce w tym momencie było rozradowane, nie spodziewałam się TAKIEGO przywitania. Rodzice próbowali poskromić ich euforię, po pewnym czasie udało im się to i mogłam wziąć prysznic. Na kolacji zaczęłam opowiadać co robiłam, co widziałam. Powiedziałam też, że spałam 3 godziny i maszerowałam kolejnych 9 tego i poprzedniego dnia, więc jestem bardzo zmęczona i marzę o łóżku. Wyszłam jednak za namową zobaczyć okolicę. Nie szukałam wcześniej wiadomości o tej miejscowości, została mi przedstawiona jako kurort turystyczny i zobaczyłam to czego się spodziewałam. Średniej jakości hotele i pokoje, kiczowaty deptak, plaża zapełniona rodzinami. Szkoda, że nie mogłam zostać w Madrycie kilku dni dłużej. W tym momencie nie zdecydowałabym się na takie wakacje. Plan był następujący: codziennie wychodzimy na plażę, wracamy na lunch, siesta, wracamy na plażę. Pogoda trochę zawiodła, chociaż cały czas było duszno i gorąco, przez większość czasu byly też chmury i padał deszcz. I BARDZO DOBRZE, no bo ile można siedzieć na plaży?! Dzięki tej niezadowalającej pogodzie byłam też w Sitges. 






wtorek, 9 grudnia 2014

Wakacje na wakacjach, Madryt i Cambrills część I.

    Pod koniec czerwca zaczęły się moje szkolne wakacje, na dwa dni przed zakończeniem roku byłam już w Hiszpanii. Wakacje. Miałam najpiękniejsze lato w swojej osiemnastoletniej historii. Chciałam przeznaczyć jeden weekend na odwiedzenie Madrytu, umówiłam się wstępnie z Eliską, która miała w mieście kolegę, który mógł zapewnić nam nocleg. Super. W między czasie okazało się, że nie może ona jechać w weekend, w który się umówiłyśmy, ja nie mogłam następnego, bo wraz z rodziną miałąm jechać na wakacje do Katalonii. Już miałam rezerwować hostel w Madrycie lecz moi host rodzice bardzo obawiali się mojej samotnej podróży i w 15 minut Eduardo zdecydował, że z Madrytu pojadę pociągiem do Tarragony skąd odbiorą mnie dzień po ich przyjeździe. Byłam zadowolona z takiego rozwiązania, bo a) nie traciłam pieniędzy na nocleg b) miałam darmowego przewodnika :). 
   W sobotę wyjechałyśmy autobusem autobusem do Madrytu, z dworca odebrał nas niebieski, śmierdzący fajkami jaguar. Miło było po dniach na przedmieściach 30 tysięcznego miasteczka oglądać zza okna ulice stolicy 48 milionowego państwa. Na początku byłam trochę zdenerwowana, bo moi towarzysze rozmawiali po hiszpańsku. Po zdecydowanej interwencji zmienili na stałe język na angielski. Całe popołudnie zwiedzaliśmy turystyczne punkty, potem w ramach oszczędności nie wyszliśmy na miasto, kupiliśmy rum i spędziliśmy bardzo przyjemny wieczór. Eliska już o 11 jechała do domu, my udaliśmy się w inną część Madrytu na dalsze zwiedzanie. Zdjęć mam tradycyjnie mało, bo fotograf ze mnie żaden, jeżeli będę chciała przypomnieć sobie ulice Madrytu, wygoogluję to :D. 

Nie wiem o co chodzi, ale zrobię sobie zdjęcie, bo dużo osób robi.



Pablo był fanem komunizmu.

To był też ostatni raz, kiedy widziałam się z Eliską, bo gdy ja wracałam z wakacji, ona wyjeżdżała. Ja zachwycałam się krecikiem jeszcze przed wyjazdem, pokazała mi swój prezent dla dzieci, które nie były z niego zadowolone. Postanowiła mnie uszczęśliwić i zabrała niewdzięcznym dzieciom. Teraz śpi razem ze mną.


wtorek, 2 grudnia 2014

Au Pair w Hiszpanii.

   
    Dlaczego Hiszpania?

  • Dlaczego nie? Nigdy tam nie byłam, nawet nie znałam żadnego Hiszpana. Moja wiedza o tym kraju ograniczała się do znajomości powtarzanych stereotypów i relacji osób, które odwiedzały turystyczne kurorty. Była to okazja do poznania nowej kultury, obcowania z totalnie dla mnie nowym sposobem bycia.
  • Język hiszpański. Nigdy nie byłam jego fanką, nie podobało mi się.. Teraz mam w planach intensywną nauką zaraz po maturze. Bardzo szybko łapie się podstawy, oczywiście im lepiej umiemy w chwili przyjazdu tym więcej wyniesiemy. 
  • Pogoda. Mamy pewne lato, łagodną zimę. Fani ciepła będą zachwyceni.
  • Obowiązki i rodzina. Zdecydowanie nie jest to reguła, bo na słabych hostów możemy trafić zarówno w Hiszpanii jak i w UK, ale wszystkie au pair które poznałam w Hiszpanii były zadowolone ze swoich rodzin. Przeglądając oferty rodzin na aupairworld zauważyłam, a można to wyczytać między wierszami, że rodziny w Holandii, Niemczech czy UK szukają taniej siły roboczej zaś te z Hiszpanii skupiają się na dzieciach. Tak jak napisałam to zdecydowanie nie jest reguła ale prawdopodobieństwo złego doświadczenia na Półwyspie Iberyjskim jest mniejsze.
  • Ludzie. Tutaj też nie możemy generalizować, ale osobiście spotkałam się z ogromną dawką serdeczności.
  • Imprezy. Zdecydowanie najlepsze jakie przeżyłam w moim krótkim życiu.
   Jeżeli ktoś poczuł się zachęcony to zapraszam do dalszej części postu. 

   Idea programu au pair, taka opisana na oficjalnych stronach agencji jest piękna i kolorowa. Moje doświadczenie jest bardzo pozytywne jednak ile au pair tyle historii mniej lub bardziej  kolorowych. Moim zdaniem au pair w Europie jest świetnym pomysłem na doświadczenie czegoś nowego a jeżeli planujemy w przyszłości wyjazd do Stanów na zasadach programu możemy się sprawdzić i zdobyć cenne referencje. Podaję link do postu, w którym dziewczyna spędzająca po raz drugi wakacje w Hiszpanii nie miała dobrego doświadczenia.
   
   W jaki sposób szukać rodziny? Zdecydowanie polecam strony typu aupair-world.net z pominięciem pośrednika w postaci agencji.  Wydaje mi się to złudnym zabezpieczeniem. Bilet i tak kupujemy we własnym zakresie a jeżeli rodzina będzie nie taka, według relacji dziewczyn na blogach (nie pamiętam, których, trochę ich przeczytałam) jesteśmy zdani sami na siebie. W dodatku agencje często wywierają presję, by zgodzić się na proponowane rodziny choć nie zawsze nam odpowiadają. I kosztują. Podaję link do bloga dziewczyny, której post przekonał mnie do szukania rodziny na własną rękę oraz post z historią bez happy endu w Norwegii, oraz au pair w Anglii, która wróciła po tygodniu, obie wyjechały bez agnecji. 

   Na koniec polecam bloga dziewczyny, która też wyjechała w wakacje do Hiszpanii. Już go nie prowadzi ale robiła to regularnie gdy była na miejscu.

Miejsce pracy :)

piątek, 28 listopada 2014

Opieka nad dziećmi - Hiszpania.

   Dosyć chaotycznie, ale zawiera wszystko to, o czym chciałam napisać.
   Moją drugą największą obawą zaraz za czy wrócę w jednym kawałku przed wyjazdem jako aupair była niepewność, czy sprawdzę się jako opiekunka, w końcu był to główny motyw mojego wyjazdu :D. Bardzo zależało mi na zdobyciu doświadczenia przed Stanami i urozmaicenia aplikacji. Na początku dzieci onieśmielone całą sytuacją były grzeczne, nie kłóciły się między sobą i słuchały się moich poleceń. Potem przychodziły momenty, w których nie mogłam wyjść z podziwu w związku z moimi umiejętnościami wychowawczymi oraz takie, w których myślałam o sobie jako najgorszej aupair w historii. Przytoczę tutaj kilka sytuacji w których miałam ochotę wyrwać sobie wszystkie włosy:
-gdy szliśmy na basen trzymałam za rękę Leyre, Pablo szedł kilka kroków przed nami. Czasami np. gdy był obrażony (wyłączyłam telewizor, kazałam odrabiać pracę domową) szedł szybciej i pozwalałam mu na to do momentu, w którym wszedł na przejście dla pieszych (wyraźnie zaznaczyłam, że ZAWSZE przechodzimy przez przejście, chociaż w mojej miejscowości był mały ruch a dorośli nie trzymali się zasad), zobaczył samochód w oddali i stanął na przejściu wpatrzony w nadjeżdżający samochód. Zdążyłam krzyknąć GO!, ale Pablo postanowił popatrzeć się jeszcze dwie sekundy w czasie, w którym dobiegłam do przejścia. Teoretycznie nic nie mogło się stać, bo przed każdymi pasami jest próg zwalniający i ludzie jeżdżą z małą prędkością, ale bardzo się wystraszyłam i był to ostatni raz, kiedy Pablo nie trzymał się mojej dłoni. Przy okazji w duchu miałam prośby, by nie widział tego zdarzenia żaden znajomy.
-codzienne kłótnie rodzeństwa, prowokowane  w większości przypadków przez młodszą dziewczynkę. Idziemy do parku, Pablo chce grać ze mną w piłkę, Leyre chce, żebym ją huśtała. Na początku proponuję wspólną zabawę, przez pół godziny dobrze bawimy się razem. Następnie proponuję podział czasu jaki mam poświęcić dla każdego (tu już w grę nie wchodziła zabawa wspólna). 15minut piłki, potem czas na huśtawkę. Nie mogłam pozwolić na faworyzowanie któregoś z rodzeństwa więc zazwyczaj kończyło się na wrzaskach, piskach, płaczu Leyre. Inna sytuacja, idziemy z rakietami grać w tenisa, nie mogą razem grać i dziewczynka stara się wymusić piskiem jej kolej.
-przekonywanie chłopca, że jest już godzina o której powinniśmy iść na lunch i już czas wyjść z wody
-znowu objawy opętania w miejscu publicznym, zazwyczaj był to basen. Z czasem nauczyłam się ignorować i nie myśleć o obecności osób obcych ale nie nastąpiło to od razu
    Nie spodziewałam się, że opieka nad dziećmi przyniesie mi tyle satysfakcji i radości. Każdorazowe Sylwia, I love you, wieszanie się na szyi, zabawy rozmiękczały moje serce. Każde nowe słowo po angielsku przekonywało o zdolnościach pedagogicznych :D. Dwójka dzieci, niby nie tak dużo. Mimo wszystko z jednym czułam się jak na półetatowej pracy, różnica jest OGROMNA. 
   Błędy które popełniłam:
-mimo wszystko czasami, mniej lub bardziej świadomie (z nią też miałam więcej pracy, jeżeli chodzi o uspokajanie) ulegałam dziewczynce i moja uwaga była skupiona częścięj na niej. 
-szłam na łatwiznę i "straszyłam" dzieci rodzicami, którzy zawsze byli po mojej stronie. Zrobiłam to może 4 razy przez dwa miesiące, gdy już nie miałam siły i kończyła się moja cierpliwość. Mimo to uważam, że zrobiłam to o 4 razy za dużo, bo wolałam, by dzieci miały szacunek do mnie.


 
   Przeglądając blogi, czytaj grupę polskich aupair w USA co jakiś czas można zauważyć poruszony temat fałszywych referencji, przez które dziewczyny bez doświadczenia nie radzą sobie z dziećmi. Moje zdanie jest takie, że nawet jeżeli nigdy nie opiekowaliśmy się dziećmi możemy być świetnymi opiekunkami-aupairkami a osoby z godzinami praktyki mogą się nie sprawdzić. Moim żywym przykładem i potwierdzeniem tego stwierdzenia jest moja siostra, która też po liceum pojechała jako aupair to Stanów nie mając przepracowanej jednej godziny z dzieckiem. Dawała sobie radę świetnie.  Myślę, że najważniejsze w stałej opiece nad dzieckiem jest obok odpowiedzialności, zaradności konsekwencja i zimna krew w pakiecie z pokerową twarzą. Dzięki konsekwencji budujemy swoją pozycję, dzieci nam ufają i dobrze jest się z nimi dogadać. Umiejętność radzenia sobie w stresowych sytuacjach to podstawa. W dzień, który wróciłam do Polski dostałam wiadomość "Pablo skręcił kostkę na basenie, jesteśmy w szpitalu, wszystko w porządku.". Tego samego dnia chłopiec na basenie, w miejscu, w którym byliśmy codziennie poślizgnął się. Był wtedy z rodzicami ale co, gdyby był pod moją opieką? Nie można w 100% upilnować dziecka. Moi hości, jak już wspomniałam byli bardzo wyrozumiali i z pewnością nie obwinialiby mnie za to. Przede mną rozmowy z rodzinami, których dziećmi będę opiekować się za oceanem. Myślę, że będę zadawać pytania "A co, jeśli...". To powinno dużo powiedzieć o stosunku rodziców do dzieci, aupair. Jeżeli chcemy uniknąć rozczarowania, moim zdaniem najlepszym sposobem jest przygotowanie się na najgorsze. Takie też było moje podejście. Nie miałam niczego wyidealizowanego.Jeżeli nie będę dawać sobie rady to po prostu wrócę.
   Mimo wszystkich minusów bytu opiekunki pokochałam tę pracę. Może sypnę teraz banałem często powtarzanym chociażby w listach do przyszłych host families, od dzieci można się wiele nauczyć. Jeżeli damy coś od siebie powinno się to zwrócić z podwójną siłą. Zdaję sobie sprawę, że mogą być też BARDZO problematyczne dzieci przez co aupairowanie stanie się koszmarem. Wtedy możemy zmienić rodzinę :).

piątek, 21 listopada 2014

Viva San Esteban! Fiestas de Arguedas.

    Każda miejscowość, większa lub mniejsza ma swoje święto. W sierpniu ośmiodniowa (!!!) impreza rozpoczęła się 10 minut od Tudeli, w Arguedas. Pojechałam na rozpoczęcie, gdzie spotkałam się z Elliską i przez 3 godziny tańczyłyśmy, oblewałyśmy się winem na ulicach. Chyba nigdy tak nie śmierdziałam. Wino palone w słońcu, nie polecam. Oprócz muzyki dla uczestników zapewnione było wino wożone w wielkich beczkach (do tej pory nie wiem, kto to sponsoruje :D), którym to dostałam x^2 razy. 


WINO




   Drugi raz pojechałam już na całą noc. Z imprezy w Tudeli wróciłam około 6:30 rano, z tym, że zaczęłam jąokoło 22. Tutaj pojechałam autobusem około 18 by zdążyć na kolejny po 19 do miejsca docelowego. W między czasie skontaktowałam się z Eleną, która również wybierała się do Arguedas. Zaczęłyśmy umawiać się przez telefon, że ma mnie odebrać ze stacji i miałyśmy się udać do jej mieszkania na kolację. Oczywiście w między czasie, zgodnie z prawem Murphiego mój telefon odmówił posłuszeństwa (tutaj muszę zaznaczyć, że zawodził mnie już nie raz, nie dwa w sytuacjach kiedy to bardzo go potrzebowałam). Czekałam na autobus, ale co jeśli Elena przyjechałaby na stację? Nie umówilam się ostatecznie z Elli co do godziny mojego przyjazdu a nie miałam nawet jak sęz nią skontaktować, o pomocy ludzi mogłam pomarzyć (język!!!). Po 20 minutach mojego zdesperowania i próby wskrzeszenia telefonu Elena przyjechała, udałyśmy się do jej domu, pogadałyśmy no i w drogę! Tego wieczoru ludzie mieli obiad na głównym placu w miasteczku. My przez około dwie godziny rozmawiałyśmy głównie o podobieństwach w naszej kulturze, historii, polityce, obgadywaliśmy Hiszpanów. Miło było porozmawiać z kimś, kto jest w takiej samej sytuacji. Potem przyszedł czas na koncert. Zespół na początku śpiewał hiszpańskie hity lat 80, potem latin electro. Następnie do 7 rano od baru do baru bawiłam się, piłam gin z tonikiem. O 8 rano rozpoczynał się bieg byków, którego rozpoczęcie poprzedzał taniec z orkiestrą. Elisska była dosyć pijana i nie chciała puścić mnie na przystanek,  którego o 8:30 odjeżdżał autobus do Tudeli, skąd miał odebrać mnie Eduardo, mój host dad :D. Poznałam też dwóch rumuńskich kolegów, którzy bardzo dobrze się bawili słuchając mojego hiszpańskiego. Tego dnia telefon kolejny raz postanowił sobie ze mnie zażartować. Uruchomiłam go w którymś momencie i przeszedł na godzinę 00:00. Gdy wróciłam do domu zasunęłam żaluzje, zamknęłam okno i poszłam spać. Obudziłam się i usłyszłałam głosy dzieci, sprawdziłam godzinę i się przeraziłam-czulam się fatalnie, było mi duszno i żyłam w świadomości, że spałam 3 godziny i nie mogłam więcej spać. Po czasie rodzina pojechała na basen i sprawdziłam w kuchni, że spałam około 9 godzin! Następny dzień został mi wyrwany z życiorysu. 



Właśnie pada śnieg z deszczem. Tęsknię za słońcem!

AKTUALIZACJA ZDJĘĆ:






piątek, 14 listopada 2014

Praga

   Ostatni raz widziałam się z Eliską, aupair z Czech w Madrycie. Wtedy zapowiedziałam swoje odwiedziny. Bilety kupiłam pod koniec września by spożytkować długi weekend za 102zł w jedną stronę. Towarzyszył mi lekki stres przed przyjazdem, bo przecież miałam się z nią spotkać w całkowicie innym środowisku. W Hiszpanii wspierałyśmy się razem, wymieniałyśmy doświadczenia, rozmawiałyśmy o podobieństwach w naszej kulturze. To naprawdę nas do siebie zbliżyło i nadal świetnie się rozumiemy, już planujemy odwiedziny w Warszawie. By zaoszczędzi czas wybrałam nocny kurs, nie zdecydowałam się na wagon sypialny ze względu na koszty oraz blokadę w głowie, że ktoś wcześniej na tym łóżku chrapał. W rezultacie spałam w porywach 2 godziny i byłam padnięta. Nie było czasu na odpoczynek, bo pierwszego dnia głównie chodziłyśmy i zrobiłyśmy mnóstwo kilometrów. Dzięki obeznaniu komunikacyjnemu Elli w dwa dnia zobaczyłyśmy wszystkie punkty turystyczne nie tylko te przedstawiane w przewodnikach. Trzeciego dnia poszłyśmy do jeszcze jednego punktu widokowego, potem kupiłam absynt i krecikowe napoje, byłam na wystawie  (Dali, Mucha, Warhol), przeszłam się jeszcze raz po mieście. Wieczorem byłam na wykładzie katalońskiego-Eliska zna doskonale hiszpanski, angielski a teraz uczy się katalońskiego, portugalskiego  i rumuńskiego. Szacun! Moje oczekiwania co do Pragi były ogromne, bo każdy zachwyca się tym miastem. Muszę potwierdzić, że: klimat jest! Nawet jesień przestała mnie przerażać. 
















wtorek, 4 listopada 2014

Viva Santa Ana! Fiestas de Tudela

   Po powrocie z Pamplony, skąd wróciłam nienasycona czekałam na fiestę w moim mieście. Byłam bardzo ciekawa jakie są różnice między główną imprezą a lokalną. Nie wiem na jakiej zasadzie działa kalendarz imprez w Navarrze, są to chyba stałe daty niezależne od dnia tygodnia. W tym czasie lokalne sklepy nie działają, zdecydowana większość korzysta z dni wolnych. Mój i tak dosyć ruchliwy plan dnia kompletnie się rozregulował. Mnóstwo czasu spędałam z rodziną, czasem moja praca polegała na pomocy przy przygotowaniu dzieci ewentualnie zabieranie na basen gdy rodzice odpoczywali po ciężkej nocy. Pamiętam słowa Eleny, która z natury jest bardzo rodzinną osobą, że w Tudeli przeżyję to samo co w Pamplonie tylko w mniejszym wymiarze z ludźmi których znam. Miała rację. 
   Cała impreza rozpoczęła się w czwartek cohete czyli wystrzałem z siedziby władz miasta fajerwerek jako znak rozpoczynającej się zabawy. Pojechałam razem z Silvią i dziećmi do miasta, tutaj muszę wspomnieć o parkowaniu równoległym które wszyscy moi znajomi Hiszpanie rozpracowują bez jakiegokolwiek problemu. Wychodziłam z podziwu, dla mnie jest to niemożliwe by wjechać w jedno miejsce parkingowe! Tutaj w bardzo zatłoczony dzień podbijaliśmy do samego centrum gdzie po jakiś 10 minutach znaleźliśmy miejsce parkingowe. Po wystrzale tłum zgromadzony na placu szaleje i polewa się winem, szampanem, Następnie możemy założyc nasze chusty panuelo i iść ulicami  w rytmie orkiestry, wciąż polewając się winem i czekając na wodę wylewaną z balkonów przez mieszkańców. Byłam z dziećmi więc nie podążałam za orkiestrą. Zostałam biernym gapiem, przez pół godziny bardzo dobrze bawiłam się słuchając wrzasków i muzyki. Potem plątaliśmy się we czwórkę po moich ulubionych uliczkach w ręku z winem lub piwem. Gdy patrzę na zdjęcia przypominam sobie mój początkowy stres, gdy przeciskalismy się z Leyre przez ludzi. Tutaj też wychodzi, dlaczego Hiszpanie to tacy imprezowicze, jeżeli daje się taki przykład dzieciom haha ;D. Po dwóch godzinach wróciliśmy zmęczni i głodni do domu. Po jedzeniu obowiązkowa siesta. Nie znałam planu (po pewnym czasie to słowo zniknęło z mojego słowika) dni, po prostu przyjmowałam do wiadomości to, co powiedzieli mi ludzie wokół mnie. Wieczorem wyszliśmy znowu, tym razem dołączył do nas Eduardo i zjedliśmy kolację na mieście razem z przyjaciółmi. O godzinie 23 razem z gromadą dzieci odwiedziliśmy park rozrywki, o 24 udaliśmy się na główny plac gdzie ludzie z ulicy tańczyli do granej na żywo hiszpańskiej muzyki. W jednej z piosenek dołączyłam i tańczyłam (biegłam) razem z Naroą. Tutaj też doświadczyłam dramatu. Ktoś nadepnął mi na buta, ja pociągnęłam i moje najwygodniejsze buty się popsuły. Byłam BARDZO zła. Kupiłam je w Warszawie na kilka dni przed wyjazdem z zamiarem donoszenia ich przez najbliższy rok. Oczywiście wszystkie usługi nie usługiwały, bo miały wolne więc do szewca udałam się tydzień później. 



Sylwia i Silvia, host mama  :)



Uroczyste rozpoczęcie fiesty a następnie pochód ulicami.


Przejście uliczkami. Gdy przyjechaliśmy po południu miasto śmierdziało winem, spotkaliśmy pijanych ale szczęśliwych sąsiadów.


Dzieci w euforii. Ta energia na zmianę wprawiała mnie w stan szczęścia lub  rozwścieczenia:).


Taniec przed północą na głównym placu z muzyką na żywo. Za kilka chwil miała stać się moja osobista, z powodu butów rozpacz.

   Umówiłam się z rodzicami, że oni wyjdą w piątek na noc ja w sobotę. Była to moja pierwsza całonocna opieka. Było w porządku. Razem zrobiliśmy pizzę, o 23 udaliśmy się do punktu, gdzie widać było sztuczne ognie wystrzeliwane codziennie nad rzeką Ebro, następnie pozwoliłam oglądać telewizję do 24 (tutaj próbowali mi wmówić, że skończą oglądać, gdy wrócą rodzice). Pablo oznajmił, że jest bardzo wystraszony, zostawiłam zapalone światło i poszedł spać. Obudziłam się pukaniem do moich drzwi o godzinie 7. Pytal, gdzie są rodzice plus on już nie chce spać. Zeszłam z nim półżywa na dół i włączyłam tv. Pół godziny później wrócili rozweseleni i śmierdzący rodzice :). Poszłam z dziećmi na prawie pusty basen i miałam bardzo nieprzyjemną sytuację z dziewczynką, która robila tego dnia wszystko na przekór. Na koniec zabrała z mojego plecaka karty na basen, nie chciała oddać i musiałam siłą je wyrywać. Przez 20 minut krzyczała,płakała, próbowała się ze mną siłować. W tym momencie zadzwoniła Silvia z pytaniem, gdzie jesteśmy. Poprosiłam by ktos przyjechał, bo ja po prostu nie mam siły. Byłam bardzo zezłoszczona i zadowolona, że teraz dzieci schodzą z mojej opieki. Dzieci po rozmowie  z rodzicami na kacu, którym nic sięnie chciało  robić lekcji wychwawczej przeprosiły mnie. Wiedziałam, że nic tego zachowania nie zmieni dlatego  nadal byłam wkurzona,miałam jednak w głowie nadchodzącą noc co bardzo poprawiało mój humor. A noc była piękna. Rozpoczęłam kolacją z rodziną, potem spotkałam Elenę, która przedstawiła mnie kolejnym osobom, wszyscy oczywiście wciskali mi alkohol. Po kolacji z rodziną spotkałam się Naroą i jej dwiema koleżankami, z którymi beztrosko chodziłyśmy od baru do klubu (większość punktów  z alkoholem znajduje się na zwentąrz, więc tańczyliśmy pod gwiazdami) do 7 rano,  kiedy to zaczęłam usypiać na parkiecie więc zadzwoniłam po host tatę (śmiesznie mi jest to pisać,nigdy tak moich host rodziców :D nie nazywałam). Eduardo  odebrałam mnie z ronda a ja po powrocie do łóżka spałam do 17.

Zaczynamy!

Jedyne jakie mam, Naroa   z koleżanką :D.




piątek, 24 października 2014

Viva San Fermin!

   Od pierwszych dni co chwilę ktoś powtarzał mi fiestas i San Fermin. Miałam wielkie szczęście, że trafiłam do Navarry, prowincji, w której można obcować z osławionym symbolem Hiszpanii, bykiem. Pierwotnie święto to miało charakter religijny jednak z czasem przybrało bardzo świeckiego wymiaru świętowania.


    6 lipca w samo południe na Plaza de Consistorial pod miejskim ratuszem, Alcalde (prezydent miasta) lub osoba wyznaczona przez burmistrza, często członek partii politycznej, z wystrzeloną rakietą oznajmia rozpoczęcie tygodniowego święta. Tysiące ludzi zebranych na placu i otaczających go uliczkach rozpoczyna wielką zabawę. Strzelają szampany, które wylewane są na głowy zebranych i wszyscy ubrani w białe stroje z czerwoną chustą (pańuelo) i przepasani czerwonymi szalikami (faja) głośno śpiewają tańcząc na cześć św. Firmina (San Fermin). Zabawa przenosi się na uliczki starego miasta i okoliczne place i trwa do rana, gdzie o godz 8.00 rozpoczyna się pierwsza gonitwa (encierro). Stado składające się z 6 krów i 6 byków przemierza 825 metrów wąskimi uliczkami kończąc bieg na Plaza de toros. W gonitwie uczestniczą śmiałkowie, których z roku na rok przybywa i trzymając w dłoni zwinięte gazety prowadzą stado do celu. Wieczorem każdego dnia odbywa się corrida, w której stracone zostają byki z rannej gonitwy. źródło: wikipedia


  Jedź Sylwia, będzie fajnie! No to pojechałam :). Dostałam wiele wskazówek w jaki sposób zachowywać się w czasie fiesty. Nie bierz telefonu, nasze numery zapisz na ręce, ubierz się wygodnie (bojowo), pod żadnym pozorem nie reaguj na zaczepki i nie idź nigdzie z  nowo zapoznanymi napalonymi facetami. OK. Byłam przygotowana na wszystko jednak nie było tak źle. Pomógł mi z pewnością mój w pół-samotny wyjazd na Openera, gdzie zdobyte doświadczenie pt. "Dziewczyna sama na festiwalu w morzu pijanych Brytyjczyków" pozwoliło na pewne przemierzania zapchanych ulic. W sobotę o ósmej rano wyruszyłam autobusem zbierając po drodze Elli (która nie wiem dlaczego myślała, że jedzie z nami moja host mama ?! haha widziałam chwilowe zwątpienie w jej oczach, nasłuchała się tyle co i ja). Wysiadłyśmy na stacji i uderzył w nas odór alkoholu, konkretnie wina. Tak, całe miasto a szczególnie dworzec autobusowy, który był pełny odsypiających imprezowiczów (tam jest strategia-bawimy się do 9 rano, śpimy do 15 w parku i lecimy dalej) to jedna wielka gorzelnia w najgorszym wydaniu, wyobraźcie sobie zaschnięte tanie wino. Zgodnie z radami nie wzięłam telefonu i żałuję, dla zdjęcia podłogi, na której trudno znaleźć wolne miejsce do przejścia, bo cała jest okupowana przez ludzi, którzy nie mogli spać w parku, ponieważ tego dnia przed południem padało. Tak, początek lipca, Hiszpania (no dobra, bardzo blisko francuskiej granicy). Deszcz i chłód. Ależ nam wymroziło tyłki! Po wyjściu z dworca poszłyśmy w kierunku plaza de toros, gdzie zaczynały sie "zawody", cztery grupy, w każdej 4 osoby których zadaniem było prowokowanie byków a następnie skoki, salta, uniki. Z widowni przeżyłam kilka chwil grozy. Nie zosałyśmy do końca, bo zaczęła padać mżawka i było naprawdę zimno! Na szczęście następne odczucie chłodu spotkało mnie po wylądowaniu na lotnisku Chopina, więc ciepłem miałam okazję cieszyć się jeszcze 1,5 miesiąca. 



    Zmarznięte i głodne poszłyśmy po ser i bagietkę do Corte Ingles. Pogoda się poprawiła, po drodze zostałyśmy upamiętnionie na kilku zdjęciach i kupiłyśmy zestaw calimocho, litr coli i litr wina niskopółkowego. Nie jestem fanką wina, w takiej komplikacji i w sprzyjających okolicznościach dało się wypić.


Sylwia barmanka. To wino było znośne, po kilku godzinach znowu kupilyśmy zestaw, po których rozbolały nas brzuchy! Na szczęście ból szybko przeszedł. Nie pamiętam nazwy wina ale uważajcie :D.

   Byłyśmy tam od około 10 do 19. Moja pierwsza impreza w dzień. Obawiałam się pustych ulic. Moi Hiszpanie nie okłamali mnie, tam fiesta trwa całe 24h. Co krok ktoś rozkłada zespół muzyczny i gra hiszpańskie, latynoamerykańskie, rockowe, popowe rytmy, każdy znajdzie coś dla siebie!




   

   Bielty na autobus kupiłam tydzień wcześniej, wybrałąm godzinę 19 chociaż do wyboru miałyśmy jeszcze 21 jednak po zmęczeniu w Zaragozie obawiałam się, że może być tam podobnie. Był to błąd, osobiście zostałabym na całą noc :P. Wszystko przede mną haha. 


   Zdecydowana większość przybywa do Pamplony na tygodniową imprezę, nie zwraca w ogóle uwagi na biegi byków. Dwa razy byłam na plaza de toros, raz właśnie w dzień pobytu w mieście z czystej ciekawości. Były to wspomniane zawody. Durgi raz byłam na placu, na którym skończył się bieg w Tudeli. Nie wiedziałam wtedy o codziennym schemacie, czyli cowieczornym uśmierceniu zwierząt biegnących rano. Nie byłam na corridzie i nie planuję uczestniczyć  w tym widowisku. Zadawałam sobie pytanie po co oni właściwie tak biegają. Szperałam w internecie i według sieci oraz-a może przede wszystkim mieszkańców Navarry jest to dla nich tradycja, dla której mam szacunek.Corrida odbywa się także w innych częściach Hiszpanii jednak w Pamplonie ma ona swój szczególny wydźwięk. W Katalonii corrida jest nielegalna. Co roku w czasie biegu ktoś zostaje poturbowany, co jakiś czas ginie człowiek. Oto co się działo rok wcześniej: