wtorek, 30 września 2014

Tudela de Navarra

   Mieszkałam 5 minut samochodem od centrum Tudeli, bilet kosztował 1,25 euro na autobus, który jeździł kilka razy dziennie. Jest to miasta w prowincji Navarra. Przed przyjazdem szukałam w internecie informacji o mieście i myślałam, że jadę do jakiejś wyjątkowej dziury. Przez drogę ze stacji do Fontellas widziałam jedynie mało atrakcyjne bloki. Trzeciego wieczoru wybrałam się wraz z hostką na kobiecy wieczór. Poznałam 15 dojrzałych kobiet, które potem widywałam na basenie i wymieniałyśmy ze sobą hola, bo niestety tylko dwie z obecnych potrafiły porozumieć się po angielsku. Dojechałyśmy około godziny 22 na przepełnione, ciasne, sobotnie uliczki Tudeli. Od razu skojarzyłam to miejsce z tym, czego doświadczyłam na imprezach w Portugalii.

Na początek wspomniane mało atrakcyjne bloki :). Było to w dzień rozpoczęcia fiesty, stąd drewniany płot na ulicy, który wyznaczał szlak encierro, biegu byków po ulicach. 





 Pena czyli pokój. Jest to sala utrzymywana przez grupę przyjaciół, która spotyka z okazji urodzin, świąt. Młodzież również wynajmuje takie miejsca, w każdym znajdują się stare kanapy, fotele i w czasie wakacji codziennie spędzają tam razem wieczory.



Co krok znajdują się bary, kawiarnie.




                                        Plaza de Nueava, tutaj rozpoczyna się fiesta.

piątek, 26 września 2014

Pierwsza drama, jak nie zwariować z hiszpańskim dzieckiem.

   Drugi poniedziałek, dzieci całkowicie się do mnie przekonały, dziewczynka ciągle chciała się ze mną przytulać i bawić. O godzinie 13:10 wychodzimy do babci na obiad, chłopiec łapie swoją niebieską hulajnogę i w drogę. A gdzie jest różowa patin? Nie ma. Myślę, pewnie u babci. Vamos! Dalej, idziemy! Nie, ja chcę hulajnogę! I tutaj zaczyna się tragedia dziecka czteroletniego. Po próbach komunikacji w języku hiszpańsko-angielsko-polsko-werbalnym (zrozumiała! mądra bestia!) oznajmiam, że hulajnoga znajduje się w samochodzie matki lub u babci, nie ma jej w domu i musimy iść, bo się spóźnimy. W tym momencie zaczyna się krzyk, pisk, darcie, tarzanie po podłodze, słodka dziewczynka zamienia się w postać którą pamiętam z filmów o egzorcystach. Wtedy jescze niedoświadczona postanowiłam się z nią siłować to znaczy wzięłam na ręcę i niosłam, zostałam cała obkopana. Dramat się skończył gdy na wysokości banku matka wyjęła z bagażnika wyjęła hulajnogę i słodka dziewczynka popędziła w kierunku domu swojej babci. To był pierwszy i nie ostatni raz gdy byłam sama. Takie akcje miały miejsce wcześniej, często gęsto ale kiedy opiekowali się nią rodzice. Bardzo to wzięłam do siebie, powiedziałam to rodzicom i Elenie. Wszyscy powtarzali, że to jest L, ona taka jest, oni  nie wiedzą co z tym zrobić i mam nie reagować na to. Pamiętam, że w mejlu dostałam wiadomość że ma ona "strong character". W dosłownym tłumaczeniu nigdy tak tego bym nie nazwała bo dla mnie to cecha pozytywna. Brak reakcji pomagał ale i tak nie było ciekawie np. w miejscach publicznych, szczególnie na początku, gdy wszyscy się patrzyli. Potem miałam wszystkich w dupie. Po takiej sesji nie ukrywałam swojego NIEZADOWOLENIA i zazwyczaj zaszywałam się w pokoju/wychodziłam gdzieś, robiłam wszystko z dala od rodziny. Były to jedyne momenty, gdy myślałam "a po co ja tu przyjechałam".

   Ta sytuacja powtarzała się cyklicznie powiedzmy raz na tydzień. Próbowałam wszystkiego, przez te dwa miesiące, wczułam się bardziej w bycie starszą siostrą niż opiekunką. Rozmawiałam, tłumaczyłam, nagradzałam za dobre zachowanie, chwaliłam i niestety straszyłam, karałam. Tylko to było w stanie poskromić nieposłuszeństwo. Dlaczego? Tak dzieci zostały wychowane, tak rodzice egzekwują, wymagają. Wiem, że decydując się na przejęcie częściowej opieki nad dzieckiem mam stosowac się do zasad wychowawczych rodziców, ale uważam, że można tłumacząc, wałkując w kółko osiągnąć zamierzony efekt bez krzyku. Niestety nie mogłam tego całkowicie wyeliminować lecz w ciągu ostatnich 3 tygodni było naprawdę lepiej. Dziewczynka po wybuchu tłumaczyła, dlaczego tak się zachowała, zawstydzała się i przepraszała.



   

poniedziałek, 15 września 2014

Jestem w Hiszpanii! Pierwsze dni.

   Witamy w Barcelonie, jest godzina (10 minut przed planowanym czasem, ulga, zdążę!), stopni bardzo dużo w porównaniu do pochmurnej, deszczowej Warszawy tego dnia. Wylot miałam o 11:50 a na lotnisko wpadłam kilka minut po 11 po chyba najgorszej wyprawie autobusem. Ale z kim takie emocje, jak nie z moją kuzynką! Przynajmniej zjadłam śniadanie w Sky Clubie, panorama stolicy taka piękna! Coś, co uderzyło mnie po opuszczeniu pokładu to ciepło w rękawie samolotu. Potem ciepło w przejściu między terminalem a stacją. Ciepło na dworcu. Większość ludzi na to narzeka, bo duszo, myślałam, że mój entuzjazm minie po miesiącu. Nic bardziej mylnego, w ostatnie dni też upajałam się skwarem.

   Miałam całkiem sporo czasu na dworcu, pochodziłam, pooglądałam pięknych ludzi, poczekałam. Moje obawy całkowicie minęły, nawet nie stresowałam się zobaczeniem rodziny.  Pociąg taki piękny, widoki takie piękne, obok mnie piękny Hiszpan. Gdy dojeżdżał do stancji Tudela de Navarra ustawiłam się ostatnia w kolejce, cała czwórka razem z Eleną stała przed drzwiami. Pomachałam z ogromnym bananem na twarzy, wysiadłam i zapytałam się po hiszpańsku dzieci jak mają na imię. Świetnie. Wymyśliłam to gdy stałam w tej własnie kolejce, jestem genialna. Potem wyłapałam z rozmowy rodziców, że opowiadali o tym wszystkim tłumacząc moją znajomość hiszpańskiego :D. Pojechałam z Eleną do mojej wioski, zapytała się, czy jestem zestresowana, objechała urocze zabudowania, pokazała dom babci i basen z którego rozciągały się piękne widoki. W domu zjedliśmy kolację, tortilla de patata. Przyszła też babcia obejrzeć okaz z Polski. Tak. Na początku zastanawiałam się, czy oni mają au pair bo potrzebują pomocy przy dzieciach czy chcą się pochwalić sąsiadom/znajomym/rodzinie. Mieszkałam na wsi i wszyscy mnie znali do tego stopnia, że na ulicy niektórzy na moje hola odpowiadali hello, osoby, które widziałam pierwszy raz w zyciu zwracały się do mnie po imieniu. W drugim miesiącu poznałam dziewczynę, zaczęłam opowiadać o sobotniej "otwartej" imprezie, ona, że dobrze wie, że byłam, bo mnie widziała. ALE gdyby do mojej rodzinnej miejscowości przyjechała Hiszpanka sytuacja byłaby podobna. Przyzwyczaiłam się i było to dla mnie nawet zabawne :). W miescowości Elli, w czasie fiesty ludzie chcieli robić sobie z nami zdjęcia. Jestem na jakiś dziesięciu fotografiach u obcych ludzi. 

   Następnego dnia miałam zacząć pracę. Rano przyszła przyjaciółka rodziny, nauczcielka angielskiego i wszystko jeszcze raz mi wytłumaczyła. Spędziłam na basenie 3 godziny, nikogo nie było oprócz nas. Bardzo chciałam zająć dzieci zabawami. One tego dnia, były onieśmielone i bardzo grzeczne. To był chyba jedyny dzień, kiedy się nie kłóciły i nie płakały. Tutaj też wyszła bardzo śmieszna sytuacja. Założyłam strój jednoczęściowy, byłam jedyna taka na cały basen (po południu jest mnóstwo osób). Wszystko to przez moją siostrę, która była w Stanach i jej hostka nie pozwalała ubierać bikini w obecności dzieci :). Hahaha. Weekend spędziłam cały z rodziną na zakupach, wyjściach, basenie. Chciałam złapać kontakt z dziećmi, dziewczynka była chyba nawet zazdrosna kiedy ojciec uczył mnie wymowy.  Następny tydzień minął podobnie. Poznawałam wszystkich, dzieci nabrały do mnie zaufania.

   Dodam zdjęcia z mojej miejscowości. Liczy ona około 700mieszkańców, jeden basen, szkołę podstawową, bibliotekę i przystanek autobusowy. Czas dla mnie płynął tam wyjątkowo. W słońcu, upale idąc urokliwymi (moje zdjęcia kompletnie tego nie oddają. Muszę kupić lepszy, poręczny, prosty aparat :() ulice czułam, że czas płynie w idealnym tempie.







Basen, z którego rozprzestrzeniał się (nieudokumentowany na zdjęciu) widok na "suche" góry. 



środa, 10 września 2014

Przygotowania i obawy.

   Oswajanie moich najbliższych znajomych z Hiszpanią przebiegało sprawnie. Denerwowały mnie jedynie przepełnione uzasadnioną troską pytania "A Ty umiesz hiszpański?". Bilet kupiony, na samolot i na pociąg. Między jednym a drugim wzięłam największy z możliwych czas oczekiwania by się nie przejmować spóźnieniami. Pakowanie odkładałam do dosłownie ostatniej chwili, czego owocem było zapomnienie jednej bardzo ważnej rzeczy. Prawo jazdy zdawałam dwa dni przed odlotem, doszło dwa tygodnie później na hiszpański adres. Prezenty dla mojej rodziny chciałam ograniczyć do minimum, jednak Elli pochwaliła się swoimi i na biegu kupiłam dwie ksiązki o Polsce, flamastry do robienia tatuaży  oraz bańki mydlane (HIT, polecam, od razu można złapać kontakt z dziećmi nawet jeżeli nie porozumiewamy się w ich języku:)). Moje obawy były minimalne, nie do końca zdawałam sobie sprawę jak ten pobyt będzie wyglądać. Do czasu. Gdy wgramoliłam się z dwiema walizkami-jedna pełna moich rzeczy, druga pusta dla mojej siostry, rozsiadłam się wygodnie w przedziale zadzwoniła moja mama ze stosem pytań o to, jak ja własciwie lecę, w jaki sposób zmieniam terminal, czy dworzec jest bezpośrednio przy lotnisku, ile mam czasu. Zezłościłam się, co często się nie zdarza i w dosyć niemiły sposób przerwałam rozmowę. Zaczęłam odpowiadać sama sobie na zadane pytania i w tym momencie ogarnął mnie lekki strach. Świetnie. Na szczęście odebrała mnie z dworca moja siostra, przywitała z otwartymi ramionami pysznym porto, który dodał mi odwagi :). 

   JĘZYK. Potrafiłam po hiszpańsku powiedzieć na prawdę NIC. O mojej nieznajomości przypominałam kilka razy, chciałam się upewnić, że nie będą tego świadomi i nie oświadczą po tygodniu, że to jednak nie to. Zapytałam się mojej "pośredniczki", członka rodziny, czy rodzice potrafią mówić po angielsku, moja hostka miała "zrozumieć kiedy się do niej wolno mówi". Dzieci, błagam, 4 i 6 lat. Dodatkowo na kilka tygodni przed nawiązałam kontakt z mieszkającą 30min ode mnie Czeszką, która chodziła do szkoły dwujęzycznej i zdawała hiszpańską maturę. Świetnie. 

   RODZINA. Bez agencji jechałam kompletnie w ciemno, na pytania o obowiązki otrzymywałam odpowiedź "we will see" i to przeciąganie skajpa, odpowiedzi na mejle w ciągu kilku dni. Trudno, jak umierać w męczarniach to tylko w Hiszpanii, pomyślałam. 

   DZIECI. Nigdy sama z dzieckiem nie byłam, rodzeństwa młodszego nie mam. Koleżanka (pozdrawiam Klaudia) stwierdziła, że nie wyobraża sobie mnie w roli opiekunki.

   DRUGA AU PAIR. Elli miała doświadczenie, perfekcyjny hiszpański, młodsze rodzeństwo i była o rok starsza. Jestem przyzwyczajona do porównywania mojej osoby pod każdym względem do starszych sióstr  i nie robi już to na mnie wrażenia ale tutaj sytuacja była inna. A co, jeśli oświadczą po tygodniu, że to jednak nie to? Byłam też zdziwiona, że miała zostać odebrana z lotniska w Barcelonie. Tłumaczyła mi, że jej rodzina jest w "specjalnej sytuacji". Było mi bardzo miło, że ja miałam przejechać połowę Hiszpanii, nie powiem. 

   Z językiem nie było tak źle. Rodzice musieli przypomnieć sobie naukę ze studiów i po tygodniu mogłam się z nimi normalnie komunikować. Jestem pod wrażaniem jak szybko dzieci się uczą. W drugim miesiącu moglam z nimi nawet porozmawiać, mam ogromną satysfakcję, że tak je nauczyłam! Hości byli świetni a  z dziećmi, cóż. Temat na pewno na osobny post ale to nic takiego, po kilku dniach przywykłam i było dobrze. Do Polski wróciłam ze wszystkimi organami i kończynami plus dodatkowymi kilogramami. Okazało się, że rodzina Elli kompletnie nie zna się z moją rodziną więc uniknęłam porównań. Dodatkowo okazała się być świetną osobą, większość weekendów spędzałam z nią, świetnie się rozumiałyśmy i już planuję odwiedziny w Pradze. I tak, jej sytuacja w rodzinie była dosyć specjalna i nie chciałabym się znaleźć na jej miejscu. Strach jest zupełnie niepotrzebny. Skoro już się zdecydowałam to jakoś będzie. Odpowiedzią zdaje się być skupienie i spięcie pośladków plus wmawianie powtarzanie, że wszystko jest pod kontrolą.


sobota, 6 września 2014

Dlaczego Hiszpania? Poszukiwania rodziny.

   Wiedziałam, że chcę COŚ zrobić w te wakacje. Najlepiej wyjechać jako au pair, do UK by podszkolić język. Tylko kto mnie zechce? Bez doświadczenia, ledwo skończone 18 lat a konkurencja duża, zresztą rok temu próbowałam i nic nie wyszło. Wczesną wiosną lub późną zimą zachorowałam, wróciłam z paskudnego Lublina do domu i czytałam przy grzejniku blogi dziewczyn, które wyjeżdżają do Stanów. W stanie niemożności nauki postanowiłam wejść na stronę aupair-world.net i założyć swój profil. Uzupełniłam luki, jak to bardzo uwielbiam dzieci, jaka wspaniała jestem, dodałam państwa które biorę pod uwagę. Jak napisałam wyżej, liczyły się dla mnie tylko kraje anglojęzyczne, bo w innym języku porozumieć się nie mogę. Wysyłałam zgłoszenia do WSZYSTKICH rodzin, 5 dzieci, 12h dziennie, sprzątanie domu, ja spoko. Na prawdę chciałam wyjechać. Odezwał się jedynie samotny ojciec spod Londynu, którego jedenastoletnią córką miałabym opiekować się w weekendy, bo chodzi do szkoły z internatem a on sam potrzebuje kogoś, kto "zaopiekuje się jego domem". Nie. Nawet jeżeli zdecydowałabym się, moi rodzice dostaliby poważnych powikłań z powodu zdecydowanego nadmiaru stresu i strachu. Sto zgłoszeń wysłanych później, dostałam olśnienia. Czytałam kiedyś bloga Gosi, która była w okolicach Barcelony i porozumiewała się językiem angielskim z rodziną.  Dodałam Hiszpanię do krajów, którymi jestem zainteresowana, zaczęłam wysyłać wiadomości i...otrzymałam odpowiedź pozytywną. 

   Napisałam podniecona pierwsza mejla, odpowiedź dostałam od razu. "Do rodziny z profilu aupair-world znaleźliśmy już au pair, szukam na mojej sister in low. Dzieci 4 i 6, jesteś dalej zainteresowana?" No raczej! Na następną odpowiedz czekałam dwa długie dni. Zaznaczyłam, że po hiszpańsku nie umiem powiedzieć NIC poza Hola!. Dostałam zdjęcia i więcej informacji, potem umawianie się na skajpa, kolejne trzy dni oczekiwania na odpowiedź. W tym czasie pochwaliłam się mojej siostrze, która dodała mi otuchy, kiedy czekając tydzień (!) na wiadomość w sprawie rozmowy traciłam nadzieję. W końcu trzeciego maja dostałam odpowiedź, że dzisiaj o 19 będą dostępni. Dobrze pamiętam ten dzień. Mój dziadzio trafił do szpitala, przed byłam na wyjątkowo nieudanych urodzinach, powiedziałam o swoich planach mamie. Bardzo stresowałam się przed rozmową, bo z nadmiaru emocji nie miałam czasu na przygotowanie się. Na blogach au pairs są zakładki "Jakie pytania zadają host families". Spodziewałam się godzinnej rozmowy. Odebrałam, na ekranie w wyjątkowo złej jakości ukazały mi się dwie uśmiechnięte twarze po bokach Eleny (ona pośredniczyła) a nad nimi kolejne moich przyszłych host rodziców. Po pytaniu o moją szkołę, prawo jazdy, rozmowie o pogodzie Elena powiedziała, że mogę kupić bilety. Po 15 minutach rozmowy i może 15 krótkich wiadomościach. Na odpowiedź "ok" czekała dwie sekundy. W czasie tych dwóch sekund na początku będąc w szoku zesztywniałam, zamarłam na krześle. Następnie pomyślałam YOLO, jadę. Po rozmowie pobiegłam do mamy i postawiłam ją przed faktem dokonanym. Potem powiedziałam tacie. Spodziewałam się reakcji "a po co Ci to" tymczasem przyjęli to jak informację z telekspresu, po prostu zaakceptowali. 

   W najbliższych tygodniach oswajałam z tą wiadomością moich znajomych i samą siebie. W chwili mojego "ok" nie wiedziałam nawet, czy będę miała własny pokój, w jakich godzinach będę pracować, nic. YOLO