poniedziałek, 15 września 2014

Jestem w Hiszpanii! Pierwsze dni.

   Witamy w Barcelonie, jest godzina (10 minut przed planowanym czasem, ulga, zdążę!), stopni bardzo dużo w porównaniu do pochmurnej, deszczowej Warszawy tego dnia. Wylot miałam o 11:50 a na lotnisko wpadłam kilka minut po 11 po chyba najgorszej wyprawie autobusem. Ale z kim takie emocje, jak nie z moją kuzynką! Przynajmniej zjadłam śniadanie w Sky Clubie, panorama stolicy taka piękna! Coś, co uderzyło mnie po opuszczeniu pokładu to ciepło w rękawie samolotu. Potem ciepło w przejściu między terminalem a stacją. Ciepło na dworcu. Większość ludzi na to narzeka, bo duszo, myślałam, że mój entuzjazm minie po miesiącu. Nic bardziej mylnego, w ostatnie dni też upajałam się skwarem.

   Miałam całkiem sporo czasu na dworcu, pochodziłam, pooglądałam pięknych ludzi, poczekałam. Moje obawy całkowicie minęły, nawet nie stresowałam się zobaczeniem rodziny.  Pociąg taki piękny, widoki takie piękne, obok mnie piękny Hiszpan. Gdy dojeżdżał do stancji Tudela de Navarra ustawiłam się ostatnia w kolejce, cała czwórka razem z Eleną stała przed drzwiami. Pomachałam z ogromnym bananem na twarzy, wysiadłam i zapytałam się po hiszpańsku dzieci jak mają na imię. Świetnie. Wymyśliłam to gdy stałam w tej własnie kolejce, jestem genialna. Potem wyłapałam z rozmowy rodziców, że opowiadali o tym wszystkim tłumacząc moją znajomość hiszpańskiego :D. Pojechałam z Eleną do mojej wioski, zapytała się, czy jestem zestresowana, objechała urocze zabudowania, pokazała dom babci i basen z którego rozciągały się piękne widoki. W domu zjedliśmy kolację, tortilla de patata. Przyszła też babcia obejrzeć okaz z Polski. Tak. Na początku zastanawiałam się, czy oni mają au pair bo potrzebują pomocy przy dzieciach czy chcą się pochwalić sąsiadom/znajomym/rodzinie. Mieszkałam na wsi i wszyscy mnie znali do tego stopnia, że na ulicy niektórzy na moje hola odpowiadali hello, osoby, które widziałam pierwszy raz w zyciu zwracały się do mnie po imieniu. W drugim miesiącu poznałam dziewczynę, zaczęłam opowiadać o sobotniej "otwartej" imprezie, ona, że dobrze wie, że byłam, bo mnie widziała. ALE gdyby do mojej rodzinnej miejscowości przyjechała Hiszpanka sytuacja byłaby podobna. Przyzwyczaiłam się i było to dla mnie nawet zabawne :). W miescowości Elli, w czasie fiesty ludzie chcieli robić sobie z nami zdjęcia. Jestem na jakiś dziesięciu fotografiach u obcych ludzi. 

   Następnego dnia miałam zacząć pracę. Rano przyszła przyjaciółka rodziny, nauczcielka angielskiego i wszystko jeszcze raz mi wytłumaczyła. Spędziłam na basenie 3 godziny, nikogo nie było oprócz nas. Bardzo chciałam zająć dzieci zabawami. One tego dnia, były onieśmielone i bardzo grzeczne. To był chyba jedyny dzień, kiedy się nie kłóciły i nie płakały. Tutaj też wyszła bardzo śmieszna sytuacja. Założyłam strój jednoczęściowy, byłam jedyna taka na cały basen (po południu jest mnóstwo osób). Wszystko to przez moją siostrę, która była w Stanach i jej hostka nie pozwalała ubierać bikini w obecności dzieci :). Hahaha. Weekend spędziłam cały z rodziną na zakupach, wyjściach, basenie. Chciałam złapać kontakt z dziećmi, dziewczynka była chyba nawet zazdrosna kiedy ojciec uczył mnie wymowy.  Następny tydzień minął podobnie. Poznawałam wszystkich, dzieci nabrały do mnie zaufania.

   Dodam zdjęcia z mojej miejscowości. Liczy ona około 700mieszkańców, jeden basen, szkołę podstawową, bibliotekę i przystanek autobusowy. Czas dla mnie płynął tam wyjątkowo. W słońcu, upale idąc urokliwymi (moje zdjęcia kompletnie tego nie oddają. Muszę kupić lepszy, poręczny, prosty aparat :() ulice czułam, że czas płynie w idealnym tempie.







Basen, z którego rozprzestrzeniał się (nieudokumentowany na zdjęciu) widok na "suche" góry. 



2 komentarze: