piątek, 26 września 2014

Pierwsza drama, jak nie zwariować z hiszpańskim dzieckiem.

   Drugi poniedziałek, dzieci całkowicie się do mnie przekonały, dziewczynka ciągle chciała się ze mną przytulać i bawić. O godzinie 13:10 wychodzimy do babci na obiad, chłopiec łapie swoją niebieską hulajnogę i w drogę. A gdzie jest różowa patin? Nie ma. Myślę, pewnie u babci. Vamos! Dalej, idziemy! Nie, ja chcę hulajnogę! I tutaj zaczyna się tragedia dziecka czteroletniego. Po próbach komunikacji w języku hiszpańsko-angielsko-polsko-werbalnym (zrozumiała! mądra bestia!) oznajmiam, że hulajnoga znajduje się w samochodzie matki lub u babci, nie ma jej w domu i musimy iść, bo się spóźnimy. W tym momencie zaczyna się krzyk, pisk, darcie, tarzanie po podłodze, słodka dziewczynka zamienia się w postać którą pamiętam z filmów o egzorcystach. Wtedy jescze niedoświadczona postanowiłam się z nią siłować to znaczy wzięłam na ręcę i niosłam, zostałam cała obkopana. Dramat się skończył gdy na wysokości banku matka wyjęła z bagażnika wyjęła hulajnogę i słodka dziewczynka popędziła w kierunku domu swojej babci. To był pierwszy i nie ostatni raz gdy byłam sama. Takie akcje miały miejsce wcześniej, często gęsto ale kiedy opiekowali się nią rodzice. Bardzo to wzięłam do siebie, powiedziałam to rodzicom i Elenie. Wszyscy powtarzali, że to jest L, ona taka jest, oni  nie wiedzą co z tym zrobić i mam nie reagować na to. Pamiętam, że w mejlu dostałam wiadomość że ma ona "strong character". W dosłownym tłumaczeniu nigdy tak tego bym nie nazwała bo dla mnie to cecha pozytywna. Brak reakcji pomagał ale i tak nie było ciekawie np. w miejscach publicznych, szczególnie na początku, gdy wszyscy się patrzyli. Potem miałam wszystkich w dupie. Po takiej sesji nie ukrywałam swojego NIEZADOWOLENIA i zazwyczaj zaszywałam się w pokoju/wychodziłam gdzieś, robiłam wszystko z dala od rodziny. Były to jedyne momenty, gdy myślałam "a po co ja tu przyjechałam".

   Ta sytuacja powtarzała się cyklicznie powiedzmy raz na tydzień. Próbowałam wszystkiego, przez te dwa miesiące, wczułam się bardziej w bycie starszą siostrą niż opiekunką. Rozmawiałam, tłumaczyłam, nagradzałam za dobre zachowanie, chwaliłam i niestety straszyłam, karałam. Tylko to było w stanie poskromić nieposłuszeństwo. Dlaczego? Tak dzieci zostały wychowane, tak rodzice egzekwują, wymagają. Wiem, że decydując się na przejęcie częściowej opieki nad dzieckiem mam stosowac się do zasad wychowawczych rodziców, ale uważam, że można tłumacząc, wałkując w kółko osiągnąć zamierzony efekt bez krzyku. Niestety nie mogłam tego całkowicie wyeliminować lecz w ciągu ostatnich 3 tygodni było naprawdę lepiej. Dziewczynka po wybuchu tłumaczyła, dlaczego tak się zachowała, zawstydzała się i przepraszała.



   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz