piątek, 24 października 2014

Viva San Fermin!

   Od pierwszych dni co chwilę ktoś powtarzał mi fiestas i San Fermin. Miałam wielkie szczęście, że trafiłam do Navarry, prowincji, w której można obcować z osławionym symbolem Hiszpanii, bykiem. Pierwotnie święto to miało charakter religijny jednak z czasem przybrało bardzo świeckiego wymiaru świętowania.


    6 lipca w samo południe na Plaza de Consistorial pod miejskim ratuszem, Alcalde (prezydent miasta) lub osoba wyznaczona przez burmistrza, często członek partii politycznej, z wystrzeloną rakietą oznajmia rozpoczęcie tygodniowego święta. Tysiące ludzi zebranych na placu i otaczających go uliczkach rozpoczyna wielką zabawę. Strzelają szampany, które wylewane są na głowy zebranych i wszyscy ubrani w białe stroje z czerwoną chustą (pańuelo) i przepasani czerwonymi szalikami (faja) głośno śpiewają tańcząc na cześć św. Firmina (San Fermin). Zabawa przenosi się na uliczki starego miasta i okoliczne place i trwa do rana, gdzie o godz 8.00 rozpoczyna się pierwsza gonitwa (encierro). Stado składające się z 6 krów i 6 byków przemierza 825 metrów wąskimi uliczkami kończąc bieg na Plaza de toros. W gonitwie uczestniczą śmiałkowie, których z roku na rok przybywa i trzymając w dłoni zwinięte gazety prowadzą stado do celu. Wieczorem każdego dnia odbywa się corrida, w której stracone zostają byki z rannej gonitwy. źródło: wikipedia


  Jedź Sylwia, będzie fajnie! No to pojechałam :). Dostałam wiele wskazówek w jaki sposób zachowywać się w czasie fiesty. Nie bierz telefonu, nasze numery zapisz na ręce, ubierz się wygodnie (bojowo), pod żadnym pozorem nie reaguj na zaczepki i nie idź nigdzie z  nowo zapoznanymi napalonymi facetami. OK. Byłam przygotowana na wszystko jednak nie było tak źle. Pomógł mi z pewnością mój w pół-samotny wyjazd na Openera, gdzie zdobyte doświadczenie pt. "Dziewczyna sama na festiwalu w morzu pijanych Brytyjczyków" pozwoliło na pewne przemierzania zapchanych ulic. W sobotę o ósmej rano wyruszyłam autobusem zbierając po drodze Elli (która nie wiem dlaczego myślała, że jedzie z nami moja host mama ?! haha widziałam chwilowe zwątpienie w jej oczach, nasłuchała się tyle co i ja). Wysiadłyśmy na stacji i uderzył w nas odór alkoholu, konkretnie wina. Tak, całe miasto a szczególnie dworzec autobusowy, który był pełny odsypiających imprezowiczów (tam jest strategia-bawimy się do 9 rano, śpimy do 15 w parku i lecimy dalej) to jedna wielka gorzelnia w najgorszym wydaniu, wyobraźcie sobie zaschnięte tanie wino. Zgodnie z radami nie wzięłam telefonu i żałuję, dla zdjęcia podłogi, na której trudno znaleźć wolne miejsce do przejścia, bo cała jest okupowana przez ludzi, którzy nie mogli spać w parku, ponieważ tego dnia przed południem padało. Tak, początek lipca, Hiszpania (no dobra, bardzo blisko francuskiej granicy). Deszcz i chłód. Ależ nam wymroziło tyłki! Po wyjściu z dworca poszłyśmy w kierunku plaza de toros, gdzie zaczynały sie "zawody", cztery grupy, w każdej 4 osoby których zadaniem było prowokowanie byków a następnie skoki, salta, uniki. Z widowni przeżyłam kilka chwil grozy. Nie zosałyśmy do końca, bo zaczęła padać mżawka i było naprawdę zimno! Na szczęście następne odczucie chłodu spotkało mnie po wylądowaniu na lotnisku Chopina, więc ciepłem miałam okazję cieszyć się jeszcze 1,5 miesiąca. 



    Zmarznięte i głodne poszłyśmy po ser i bagietkę do Corte Ingles. Pogoda się poprawiła, po drodze zostałyśmy upamiętnionie na kilku zdjęciach i kupiłyśmy zestaw calimocho, litr coli i litr wina niskopółkowego. Nie jestem fanką wina, w takiej komplikacji i w sprzyjających okolicznościach dało się wypić.


Sylwia barmanka. To wino było znośne, po kilku godzinach znowu kupilyśmy zestaw, po których rozbolały nas brzuchy! Na szczęście ból szybko przeszedł. Nie pamiętam nazwy wina ale uważajcie :D.

   Byłyśmy tam od około 10 do 19. Moja pierwsza impreza w dzień. Obawiałam się pustych ulic. Moi Hiszpanie nie okłamali mnie, tam fiesta trwa całe 24h. Co krok ktoś rozkłada zespół muzyczny i gra hiszpańskie, latynoamerykańskie, rockowe, popowe rytmy, każdy znajdzie coś dla siebie!




   

   Bielty na autobus kupiłam tydzień wcześniej, wybrałąm godzinę 19 chociaż do wyboru miałyśmy jeszcze 21 jednak po zmęczeniu w Zaragozie obawiałam się, że może być tam podobnie. Był to błąd, osobiście zostałabym na całą noc :P. Wszystko przede mną haha. 


   Zdecydowana większość przybywa do Pamplony na tygodniową imprezę, nie zwraca w ogóle uwagi na biegi byków. Dwa razy byłam na plaza de toros, raz właśnie w dzień pobytu w mieście z czystej ciekawości. Były to wspomniane zawody. Durgi raz byłam na placu, na którym skończył się bieg w Tudeli. Nie wiedziałam wtedy o codziennym schemacie, czyli cowieczornym uśmierceniu zwierząt biegnących rano. Nie byłam na corridzie i nie planuję uczestniczyć  w tym widowisku. Zadawałam sobie pytanie po co oni właściwie tak biegają. Szperałam w internecie i według sieci oraz-a może przede wszystkim mieszkańców Navarry jest to dla nich tradycja, dla której mam szacunek.Corrida odbywa się także w innych częściach Hiszpanii jednak w Pamplonie ma ona swój szczególny wydźwięk. W Katalonii corrida jest nielegalna. Co roku w czasie biegu ktoś zostaje poturbowany, co jakiś czas ginie człowiek. Oto co się działo rok wcześniej:



piątek, 17 października 2014

Hiszpański jadłospis.


   Jeżeli chcecie schudnąć to nie polecam pobytu w tradycyjnej, hiszpańskiej rodzinie.  Tutaj posiłki to nie tylko napełnienie brzucha po brzegi ale też, a może przede wszystkim spotkanie w gronie rodziny, przyjaciół. O ile w moim domu nie obowiązywały żadne zasady, wszyscy musieli zjawić się przy stole by rozpocząć posiłek. Wszyscy od tego stołu odchodzili w momencie, gdy każdy już skończył. Ja, człowieka który nie wyjdzie z domu bez śniadania czy jeżeli zauważy pustki w lodówce prosto z mieszkania pokieruje nogi do żabki spotykałam się z niezrozumieniem moich podopiecznych gdy zajadałam rano kanapki, owoce, pizzę z dnia poprzedniego w tym samym momencie zmuszając ich do wypicia actimela lub szklanki mleka. Śniadanie tutaj nie istniało, moja rodzina piła rano kawę i przed siebie. Nic dziwnego, że dzieci po godzinie domagały się przekąsek czyli ciastek, wafli. Miałam nawet rozmowę z rodzicami na ten temat, przyznali mi rację i chociaż mieliśmy ustalone, ile i jak często dzieci dostają najgorszy przemiał, danonek z rana był według nich wystarczający na przedpołudniową aktywność czyli gra w piłkę, pływanie.



Pełnowartościowe śniadanie sześcioletniego dziecka czyli colacao (że niby kakao) z herbatnikami. Słomka obowiązkowa!


    Długo nie mogłam przyzwyczaić się do pory posiłków. Lunch o 14, ok, kolacja zazwyczaj o 21:30! Teraz brzmi to niewyobrażalnie, nie było to takie straszne dla dzieci, które zawsze o 22 wychodziły do parku bawić się z kolegami i tak do 23 czasem nawet 24. W dni codzienne po kolacji miałam ochotę zazwyczaj walnąć się w łóżku i miałam dosyć biegania, co było trudne, bo zawsze kolacja była ciężka! Mięsto, frytki, tortilla, kiełbaski. Obiady były wspaniałe! Pół godziny przed przyjazdem rodziny (dwóch braci i ojciec mojej host mamy) przybywałam wraz z dziećmi do babci, która gotowała tradycyjne hiszpańskie jedzenie. Jeju jakie ja miałam szczęście, nie dosyć, że nie musiałam biegać po kuchni czego szczerze nie lubię to jeszcze zajadałam się przepyszną paellą, ślimakami. Moim zadaniem było nakrycie stołu i tutaj zawsze miałam zabawę: w jakim języku policzę sztućce? One, two, three; jeden dwa trzy czy un, dos y tres? Zależało to od tego z kim miałam kontakt ostatnio, od kogo dostałam wiadomość i o czym rozmyślałam. Na obiad składało się danie pierwsze czyli sałatka, wspomniane ślimaki. Potem wjeżdżało zazwyczaj mięso. Wieprzowina, wołowina, mięso z królika, owcy, byka, mózgi nawet nie wiem jakiego zwierzęcia w każdy możliwie przyrządzony sposób. Na stole zawsze były przystawki, specjalnie obrobiona papryka, marynowana cebula, pomidory i OBOWIĄZKOWO długa bagietka nazywana chlebem. Moim osobistym hitem jest zajadanie ziemniaków z oliwą i właśnie pyszną bagietką. No błagam :P.


Tutaj byliśmy gośćmi. Na stole jedynie przystawki. Miałam okazję codziennie do robienia zdjęć naszego stołu jednak po pierwsze, bardzo szybko się przyzwyczaiłam a po drugie, jak już wcześniej pisałam jestem powściągliwa w robieniu zdjęć. Jedna z niewielu czynności, która mnie onieśmiela.





























O, tutaj mamy zdjęcie stółu zrobione cichaczem w pena, na urodzinach czterolatka. Byłam na kilku takich imprezach, na początku stół nakryty jest dla dzieci (ciastka, czipsy, chrupki, rogaliki, kanapki) następnie rodzice jedzą to, czego nie zdołały dzieci mieszając z winem, które rozcieńczają z wodą. Każde dziecko ma co najmniej dwie imprezy: dla przyjaciół i oddzielną dla rodziny. Rozmawiałam o tym z ojcem dzieci i jest to według niego bardzo męczące. Potwierdzam :D.

   Jeżeli jest organizowana impreza większej liczby osób np. moje wyjście jednej z pierwszych nocy na clubbing (haha) z hostką poprzedza...tak, kolacja! W restauracji zamawiane jest zazwyczaj jednorodne menu i tak dwugodzinne before party kończymy z pełnym, szczęśliwym brzuszkiem gotowym na przyjęcie alkoholu. Jeżeli spotykamy się ze znajomymi spotkanie to ropocznie się w knajpie z krokietami lub ośmiornicami.









Na zdjęciu zmagamy się z kacem w Madrycie, kalmary, śmieszne papryczki no i bagietka.

   Niestety nie mam zdjęć tych wszystkich pysznych, choć często przesolonych dań. Raziła mnie jedna sprawa-marnowanie jedzenie. Nie byłam z tym osamotniona, Elli, która jest z Czech też zwróciła na to uwagę. porcje są nakładane za duże, jeżeli ktoś nie może zjeść po prostu strąca to do kosza. Bagietka, czasem ledwo napoczęta lądowała w koszu, bo przecież następnego dnia musi być świeża. Nie mogłam tego zaakceptować. 

wtorek, 14 października 2014

Zaragoza, Arguedas.


   W jeden  z pierwszych weekendów pojechałam z Elli do Zaragozy, miasta oddalonego 1,5h drogi od naszej miejscowości liczącego 700 tysięcy mieszkańców. Nie mam żadnych zdjęć. Samo miasto nie zrobiło na mnie większego wrażenia, na początku pojechałyśmy ze stacji do wielkiego centrum handlowego. We dwie nie jesteśmy fankami zakupów jednak musiałyśmy kupić ubrania na zbliżające się fiesty oraz kapelusze na słońce. Gdy zrobilyśmy się głodne kupiłyśmy w sklepie bagietkę i paczkę sera, stało się to naszym popisowym posiłkiem oszczędnościowym i tak wyglądał już zawsze nasz wspólny wyjazdowy lunch. Po zakupach wyruszyłysmy do centrum zobaczyć główną atrakcję turystyczną, katedrę i bazylikę. Są one położone na placu którego wystrój mogę określić jako nieestetyczny. Tego dnia było bardzo gorąco, udałyśmy się na lunch numer dwa do parku. Miałyśmy dwa pociągi, jeden o 19 drugi o 21 ale zgodnie stwierdziłyśmy, że lepszą opcją będzie wcześniejszy powrót. Mimo to sobota była jak najbardziej udana, chociaż obawiałam się naszej relacji świetnie się rozumiałyśmy. W drodze do stacji przypadkowo trafiłyśmy na ruiny rzymskie, niestety trwał remont i nie mogłyśmy dokładnie obejrzeć największej-jak dla mnie atrakcji. Domyślam się, że kompletnie inaczej jest mieszkać w tym mieście, zapewne ma swój klimat czy życie nocne jednak ja nie czułam tam Hiszpanii. Sponiewierane wróciłyśmy do Tudeli i czekałyśmy na Elenę, która była oczywiście spóźniona. Elli jeszcze nie widziała starej części miasta więc przeszłyśmy się wokół wspaniałych budynków uroczymi ulicami. Obie stwierdziłyśmy, że wolimy nasze trzydziestotysięczne miasto. Gdy Elena dotarła odwiozłysmy Elli do jej miescowości, wtedy po raz pierwszy zobaczyłam charakterystycznego, przydrożnego byka Osborne'a, którego potem spotykałam jeszcze wiele razy na różnych drogach. Teraz symbol Hiszpanii, początkowo miał reklamować brandy Veterano. Jej miejscowość zrobiła na mnie jeszcze większe wrażenie. 


W Arguedas znajdują się jaskinie, w których ludzie mieszkali do lat 50 ubiegłego wieku (!!!). Temperatura jest stała wewnątrz bez względu na warunki atmosferyczne. Było to bardzo wygodne dla zamieszkującej ludności



Miejscowość graniczyła z okromną skałą, żałuję, że nie swoich zdjęć. Dom Elli był zaraz obok i gdy go zobaczyłam po raz pierwszy otworzyłam szeroko oczy. Na zdjęciu są nowe zabudowania, te starsze wyglądały niezwykłe jednak nie mogę znaleźć żadnego zdjęcia :(.


Za jaskiniami znajdował się park, którego krajobraz był bardzo suchy. Kręcono tam wiele pustynnych scen filmowych. 

niedziela, 5 października 2014

Hiszpańska kolej.

   Uwielbiam pociągi! Bardzo często nimi jeżdżę od kiedy pamiętam, lubię widoki i śmieszne/straszne/żałosne sytuacje które mogą nas spotkać przemierzając nasz piękny kraj. Tutaj też sentymentalnie wracam do czternastogodzinnych podróży na trasie Lublin-Kołobrzeg, ludzi wskakujących przez okna na centralnym, kilkugodzinne opóźnienia, nie powiem, komedia. Na prawdę widzę ogromną różnicę między tym co było dziesięć lat temu a tym, co jest teraz. Zdaję sobie sprawę, że nie każdego może ten temat interesować, ale ja się po prostu jaram :D. 

   Na swoją pierwszą podróż wcale się nie cieszyłam. Jak wspominałam w poprzednich postach, bardzo się stresowałam. Był to ostatni pociąg tego dnia i wolałam się nie spóźnić. Odjeżdżałam ze stacji głównej Barcelona Sants. Przed wejściem do strefy pociągów dalekobieżnych należy okazać bilet. Potem jest kontrola bagażu, nie jest tak restrykcyjna jak na lotnisku ale prześwietlają nam torby. Jest tak na każdej dużej stacji np. w Madrycie, na mniejszych stacjach nie. Potem wszyscy czekają grzecznie na swoją kolej i 10minut przed planowanym odjazdem skanują nam bilety a następnie wpuszczają na peron. Wsiadamy do pięknego pociągu z fotelami lepszymi niż w samolotach lotu na trasie Warszawa-Barcelona i pędzimy z prędkością 300km/h. Prędkość odczuwałam, gdy w tunelach pociąg się rozciągał (dosłownie) i zatykało mi uszy oraz gdy próbowałam się przejść po wagonie. Z Madrytu do Barcelony przejedziemy w 2,5 godziny!  Pociąg zatrzymuje się na większych stacjach. Dostajemy słuchawki i możemy słuchać muzyki/oglądać film na jednym z dwóch telewizorów. Jeju jak ja się cieszyłam na mój drugi raz haha :D. Należy dodać, że pociągi są IDEALNIE na czas. 

   Ogromną różnicą w porównaniu do polskiej kolei jest zakup biletów. Im wcześniej tym taniej. Dajmy na to, mój bilet miesiąc przed kosztował 23euro, tydzień później 27 a kilka dni przed 60! Ja za swój Madryt-Tarragona na 5dni przed podróżą zapłaciłam 73euro. To bolało. Zazwyczaj bilety są wykupowane dużo wcześniej, szczególnie na popularnych turystycznych trasach.


Robione cichaczem, nie mogę się przełamać w robieniu zdjęć w miejscach publicznych, bo czuję się dziwnie. Na zdjęciu wagon Turista+, w klasie Turista jest mniej miejsca na nogi i fotele nie są tak wygodne ale uwierzcie, że na komfort podróży nie można narzekać.



Mam też jeden filmik z pociągu. Zwróćcie uwagę na kolor ziemi!