piątek, 17 października 2014

Hiszpański jadłospis.


   Jeżeli chcecie schudnąć to nie polecam pobytu w tradycyjnej, hiszpańskiej rodzinie.  Tutaj posiłki to nie tylko napełnienie brzucha po brzegi ale też, a może przede wszystkim spotkanie w gronie rodziny, przyjaciół. O ile w moim domu nie obowiązywały żadne zasady, wszyscy musieli zjawić się przy stole by rozpocząć posiłek. Wszyscy od tego stołu odchodzili w momencie, gdy każdy już skończył. Ja, człowieka który nie wyjdzie z domu bez śniadania czy jeżeli zauważy pustki w lodówce prosto z mieszkania pokieruje nogi do żabki spotykałam się z niezrozumieniem moich podopiecznych gdy zajadałam rano kanapki, owoce, pizzę z dnia poprzedniego w tym samym momencie zmuszając ich do wypicia actimela lub szklanki mleka. Śniadanie tutaj nie istniało, moja rodzina piła rano kawę i przed siebie. Nic dziwnego, że dzieci po godzinie domagały się przekąsek czyli ciastek, wafli. Miałam nawet rozmowę z rodzicami na ten temat, przyznali mi rację i chociaż mieliśmy ustalone, ile i jak często dzieci dostają najgorszy przemiał, danonek z rana był według nich wystarczający na przedpołudniową aktywność czyli gra w piłkę, pływanie.



Pełnowartościowe śniadanie sześcioletniego dziecka czyli colacao (że niby kakao) z herbatnikami. Słomka obowiązkowa!


    Długo nie mogłam przyzwyczaić się do pory posiłków. Lunch o 14, ok, kolacja zazwyczaj o 21:30! Teraz brzmi to niewyobrażalnie, nie było to takie straszne dla dzieci, które zawsze o 22 wychodziły do parku bawić się z kolegami i tak do 23 czasem nawet 24. W dni codzienne po kolacji miałam ochotę zazwyczaj walnąć się w łóżku i miałam dosyć biegania, co było trudne, bo zawsze kolacja była ciężka! Mięsto, frytki, tortilla, kiełbaski. Obiady były wspaniałe! Pół godziny przed przyjazdem rodziny (dwóch braci i ojciec mojej host mamy) przybywałam wraz z dziećmi do babci, która gotowała tradycyjne hiszpańskie jedzenie. Jeju jakie ja miałam szczęście, nie dosyć, że nie musiałam biegać po kuchni czego szczerze nie lubię to jeszcze zajadałam się przepyszną paellą, ślimakami. Moim zadaniem było nakrycie stołu i tutaj zawsze miałam zabawę: w jakim języku policzę sztućce? One, two, three; jeden dwa trzy czy un, dos y tres? Zależało to od tego z kim miałam kontakt ostatnio, od kogo dostałam wiadomość i o czym rozmyślałam. Na obiad składało się danie pierwsze czyli sałatka, wspomniane ślimaki. Potem wjeżdżało zazwyczaj mięso. Wieprzowina, wołowina, mięso z królika, owcy, byka, mózgi nawet nie wiem jakiego zwierzęcia w każdy możliwie przyrządzony sposób. Na stole zawsze były przystawki, specjalnie obrobiona papryka, marynowana cebula, pomidory i OBOWIĄZKOWO długa bagietka nazywana chlebem. Moim osobistym hitem jest zajadanie ziemniaków z oliwą i właśnie pyszną bagietką. No błagam :P.


Tutaj byliśmy gośćmi. Na stole jedynie przystawki. Miałam okazję codziennie do robienia zdjęć naszego stołu jednak po pierwsze, bardzo szybko się przyzwyczaiłam a po drugie, jak już wcześniej pisałam jestem powściągliwa w robieniu zdjęć. Jedna z niewielu czynności, która mnie onieśmiela.





























O, tutaj mamy zdjęcie stółu zrobione cichaczem w pena, na urodzinach czterolatka. Byłam na kilku takich imprezach, na początku stół nakryty jest dla dzieci (ciastka, czipsy, chrupki, rogaliki, kanapki) następnie rodzice jedzą to, czego nie zdołały dzieci mieszając z winem, które rozcieńczają z wodą. Każde dziecko ma co najmniej dwie imprezy: dla przyjaciół i oddzielną dla rodziny. Rozmawiałam o tym z ojcem dzieci i jest to według niego bardzo męczące. Potwierdzam :D.

   Jeżeli jest organizowana impreza większej liczby osób np. moje wyjście jednej z pierwszych nocy na clubbing (haha) z hostką poprzedza...tak, kolacja! W restauracji zamawiane jest zazwyczaj jednorodne menu i tak dwugodzinne before party kończymy z pełnym, szczęśliwym brzuszkiem gotowym na przyjęcie alkoholu. Jeżeli spotykamy się ze znajomymi spotkanie to ropocznie się w knajpie z krokietami lub ośmiornicami.









Na zdjęciu zmagamy się z kacem w Madrycie, kalmary, śmieszne papryczki no i bagietka.

   Niestety nie mam zdjęć tych wszystkich pysznych, choć często przesolonych dań. Raziła mnie jedna sprawa-marnowanie jedzenie. Nie byłam z tym osamotniona, Elli, która jest z Czech też zwróciła na to uwagę. porcje są nakładane za duże, jeżeli ktoś nie może zjeść po prostu strąca to do kosza. Bagietka, czasem ledwo napoczęta lądowała w koszu, bo przecież następnego dnia musi być świeża. Nie mogłam tego zaakceptować. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz