środa, 24 czerwca 2015

Prawie zapomniałam, że jest lato czyli sobota poza San Francisco.

   Byłam przygotowana na taką pogodę w San Francisco. Dwa dni okej dwa dni wczesnej polskiej wiosny plus wiatr. Ominęło mnie polskie piękne lato, rok temu w Hiszpanii upajałam się upałami a w tym roku najlepsza pogoda była zaraz po maturach. Podobno zimowe miesiące mają być cieplejsze niż te letnie, muszę temu zaufać! Pogoda pogodą a ja szukam przyjaciół. Uzupełniłam konto na couchsurfing.com i napisałam do losowego użytkowanika, który odpowiedział pod zapytaniem innej osoby w podobnej do mojej sytuacji: "Cześć, jestem nowa w mieście...". Losowym użytkownikiem okazała się być studiująca architekturę Mariana, która spędziła semestr w Niemczech i odwiedziła dwa razy Polskę dlatego chętnie odpowiedziała na moje zapytanie. Po 4 nad ranem zabrała mnie spod domu, potem pojechaliśmy po dziewczynę z Kuby i obrałyśmy kierunek: Sonoma. Pierwszy raz przejechałam przez niestety zamglony Golden Gate ale uczucie niezastąpione! Na miejscu byłyśmy umówione z kolegami Mariany i czekałyśmy na odlot balonów. Pierwszy obowiązkowo przy hymnie a potem reszta. Balony odleciały a nam zaczęło się nudzić, wszyscy spali bardzo mało więc ucięliśmy sobie drzemkę i obudziło nas lądowanie balona kilkanaście metrów od naszego koca. Większość ludzi poszła do domu. Nie wiedziałam nawet czego mam się spodziewać i cieszyłam się ze wspaniałej temperatury oraz charakterystycznego, przyjemnego zapachu. Reszta stwierdziła, że liczyła bardziej na wino i muzykę na żywo ale i tak było fajnie.




Zamglone miasto w tle:

Grał ktoś w simsy? Kojarzycie te gotowe, najtańsze domki? Takie tutaj były! Zdjęcie z samochodu :/

    W niedzielę uwaga było ciepło i słonecznie! Poszłam do Chinatown z au pair z Chin, zjadłyśmy jakieś super chińskie danie, pierwszy raz piłam bubble tea (nie ufałam tym rozstawionym w polskich galeriach stoiskom) i łapałam się za głowe. Wielkie skupisko tandety, mogłam poczuć się jak w mojej parafii na odpuście. Warto wybrać się tam po kartki pocztowe i pamiątki. Miałam całe szczęście przewodnika ze sobą przez co mój mózg nie zgubił się a nawet skorzystał. Następnym razem chcę na chińskie pierogi!



poniedziałek, 15 czerwca 2015

Czy mogę potwierdzić trafność mojego perfect match po tygodniu?

   Tydzień temu przyleciała do nas Sylwia! Jak pamiętacie tamten dzień? Takimi słowami rozpoczęla się kolacja w piątkowy wieczór. W takich pełych emocji chwilach zapamiętujemy detale w danej chwili, które zostają w naszej pamięci na długo. Dzieci zapamiętały kolor mojej walizki, danie na kolację i bajkę, którą oglądały. Ja zapamiętałam host matkę wyrzucającą śmieci-jedna z osób, które lepiej wyglądają w rzeczywistości niż na zdjęciach, Brazylijkę zamiatającą kuchnię i pozytywne zaskoczenie, gdy weszłam do pokoju.
   W poniedziałek minęły dwa tygodnie odkąd przyleciałam do Stanów. Pamiętam dokładnie dzień przed wylotem, ostatnie chwile na lotnisku, drogę do szkoły treningowej (podtrzymuję, że to był świetny czas) i lądowanie w San Francisco. Teraz wydaje się wszystko uspokajać, poznałam okolicę, dzieci mi ufają, z rodzicami mam dobry kontakt.
   Około tydzień przed wylotem moja host mom napisała, że spóźni się na lotnisko, bo O. ma przedstawienie, przeprasza i zachęca  mnie do odwiedzenia Starbucksa. 2 godziny. W dzień wylotu obudziłam się z wiadomością, że odbierze mnie jednak host dad z opóźnieniem 1,5 godzinnym. Miło z ich strony, pomyślałam! Na lotnisku czekały już rodziny koleżanek a ja wzięłam walizkę i poszłam do tego Starbucksa chociaż smakoszem kawy nie jestem a w Polsce byłam już kilka razy. W drodze do miasta mój host zagadywał mnie a ja tylko wykręcałam naokoło głowę. Dzieciaki rzuciły się na mnie, pokazały dom, oglądając telewizję przytulały się do mnie. Weekend spędziłam z rodziną, bo jak każda au pair chciałam złapać kontakt z członkami rodziny. Host mom w tym tygodniu pracowała w domu, czasami jeździła do downtown. Jeździliśmy autobusami, odbieraliśmy dzieci i uczyłyśmy się dziennego rozkładu. Jakie są moje odczucia?

   Pozytywne!
   Dzieci są dobrze wychowane, oczywiście kłócą się często (6-O. i 8-L. lat), szaleją przy stole, testują mnie a  dodatkowo 2 latka-A. wymaga ciągłej uwagi więc czacha paruje ale daję radę! 6 latka jest prosta w obsłudze. L. na początku tak jak siostra był mną zafascynowany, w środku tygodnia powiedział "Czy Ty zaśmiałaś się z O.? Uważaj, bo powiem rodzicom i odeślą Ciebie do domu!". Zamurowało mnie ale odpowiedziałam, że może mówić o wszystkim. Następnego dnia host mom odebrała go z campu, bo miał gorączkę, poprosił mnie o przeczytanie bajki na dobranoc i od tej pory znowu się do mnie przytulał. Dzisiaj kopał mnie, bo po umówionych 20 minutach chciałam odciągnąć go od komputera ale już dogadaliśmy wszystko, host mom była bardzo zaangażowana w sprawę, gdy wróciła do domu. Zakochałam się też w A. która ma przepiękny uśmiech i ciągle chce się bawić chociaż gdy miała świadomość, że mama jest w domu bardzo płakała.  Dobra wiadomość jest taka, że na dwa tygodnie pod koniec czerwca zostanę sama z hostem i A, co za odpoczynek :D.
W niedzielę po moim przyjeździe dostałam schedule i rodzice wytłumaczyli, że nie oczekują ode mnie wszystkiego od razu i mam im mówić o każdej niekomfortowej sytuacji. Jestem bardzo nieufna i często na wyrost szukam podstępu lub wyłapuję nieszczere intencje dlatego z dużą rezerwą podchodzę do mojej relacji z rodzicami szczególnie po tygodniu. Codziennie zapraszają mnie na domową kolację, w te dni sporo rozmawiałam z host mom nie tylko o dzieciach i mam wrażenie, że cały czas starają mi się pomóc. Są też takie chwile, że czuję się niekomfortowo, mimo wszystko uważam, że jak na amerykańskie standardy mamy dobry kontakt.
   W ciągu tygodnia zazwyczaj padałam na twarz ale zawsze starałam się pójść na spacer po mojej okolicy. W sobotę byłam w Dolores Park i innym miejscu (nie wiem jak się nazywa lol) z dwiema fajnymi dziewczynami, w niedzielę na spotkaniu z LCC (pozdrawiam Weronikę!), "zgubiłam się" w parku Presidio, pojechałam do downtown. Jest fajnie!

Dolores Park i domki dla lalek w mojej okolicy:






























Autobus, zwróć uwagę na linki przywieszone w górnej części okna, pociągając o nią prosi się o zatrzymanie autobusu hahahah:





























Presidio i jego nienaruszona przez człowieka część:





środa, 10 czerwca 2015

Jestem w San Francisco!

   W piątek o 7 rano mój bus wyjechał ze szkoły treningowej chociaż lot miałam dopiero o 12. Potem 6 godzinna podróż do San Francisco którą próbowałam przespać z marnym skutkiem. Przy lądowaniu podziwiałam Bay Area z wysokości i byłam bliska płaczu: miesiące przygotowań, stres, ekscytacja, wszystko na raz. Chociaż samolot miał tylko dwa rzędy po 3 siedzenia przez co często miał turbulencje wylądował bardzo miękko, najlżej i spokojniej ze wszystkich lotów które odbyłam. To musiał być znak! :D Z lotniska jechałam prosto do San Francisco i zachwycałam się widokami. W sobotę widziałam Golden Gate a właściwie jego część niezasłoniętą przez chmury z samochodu i zrobił on na mnie ogromne wrażenie chociaż przed wyjazdem zastanawiałam się, o co tyle krzyku z jakimś mostem. W niedzielę postanowiłam wziąć mapę na której host mom zaznaczyła szkoły i zajęcia dodatkowe dzieci. Przejechałam jak się okazało później jedną trasę nie płacąc za przejazd, bo karta nie była aktywna. Dystans nie jest długi ale wzgórza są duże i męczące szczególnie z wózkiem i trójką dzieci.  Zapraszam na spacer po mojej okolicy! :D

















sobota, 6 czerwca 2015

Jestem w Stanach Zjednoczonych!


Pierwsze wrażenie: mimo kilkunastogodzinnej podróży, 2 godzinnej kolejki emigracyjnej i stresu obserwowałam przez okno domy, sklepy i ludzi mimo ogromnego zmęczenia. Wszystko było takie jak w programach MTV typu teen mom, brakowało tylko gościa ze strzelbą na podwórku. Kierwoca i ludzi mówili z amerykańskim akcentem, uprzejmym tonem z usmiechem na twarzy. Jestem w Stanach Zjednoczonych!

Szkolenie: zajęcia miały trwać 2,5 dnia więc postanowiłam, że mimo negatywnych opinii postaram się mieć pozytywne nastawienie. Niczego nowego się nie dowiedziałam, 'dont shake the baby' widziałam wcześniej, pierwszego dnia padalam ze zmęczenia tak jak większość dziewczyn i oczywiście chciałam jechać do Nowego Jorku i swojej rodziny jak najszybciej. Moja nauczycielka była świetna, jej drugi mąż jest Polakiem i ciągle do mnie zagadywała. Warunki takie jak na kolonii we Władysławowie a nawet gorzej, bo bez adrenaliny związanej z przestrzeganiem ciszy nocnej gdy piło się grało się w karty w pokoju. Księżniczki niech pamiętają, że to tylko trzy noce. Mnóstwo dziewczyn z Ameryki Południowej ze słabym angielskim, Niemek i Skandynawek które nie chciały się integrować i 3 bardzo, o dziwo fajne Polki :D.  Bez niespodzianek.

Urodziny: pierwszego dnia szkolenia, 2 czerwca obchodziłam swoje 19 urodziny. Nie lubię robić sztucznego szumu wokół siebie więc nie chodzilam i nie powtarzałam tego wszystkim domagając się uwagi i zainteresowania. Zmatchowałam się z rodziną 1 marca na 3 miesiące i 1 dzień przed moimi urodzinami. Napisałam o tym spontanicznie w wiadomości do host mamy, nie sądziłam, że będzie pamiętać. W czasie drugiej lekcji otrzymałam paczkę od host rodziny z ciasteczkami, ozdobą do pokoju i kartkami od dzieci. Wszyscy byli zainteresowani moją paczką, po przerwie usłyszałam sto lat w wszystkich językach obecnych na sali i miałam na sobie śmieszną urodzinową czapkę. Było fajne!



Wycieczka do Nowego Jorku: to okropne spędzić tak mało czasu w tak ciekawym mieście, mimo wszystko jako osoba, która będzie mieszkać na zachodnim wybrzeżu i Nowy Jork zobaczę ponownie pewnie za rok, warto. Wiem, że jest na co czekać. Wszystko oprócz Times Squere zrobiło na mnie wrażenie. Szkoda mi Nowego Jorku, że jest pokazywany na zdjęciach takiego amatora dlatego wstawiam więcej swoich zdjęć <3.






























 Selfie przy ground zero.
Ja, dyktator.