sobota, 30 stycznia 2016

San Diego

   Moje oczekiwania względem San Diego były duże. Wszyscy to miasto zachwalali więc byłam podekscytowana wizyta. Cztery dni wolnego, półtorej frajerzyłam na zajęciach dla au pair, resztę miałam dla siebie. Udało znaleźć mi się couchsurfera dzięki czemu nie biegałam z mapa telefonem po mieście a miałam okazje trochę pożyć i poczuć klimat. Myślę, że dzięki temu San Diego spełniło moje oczekiwania. Poza wszystkimi plusami widocznymi na zdjęciach gdybym żyła tam bardzo przeszkadzałby mi fakt, że wszystko jest rozprzestrzenione i bez auta jest ciężko-typowo amerykańsko :D. Wyobraźnia też mocno działała, bo miałam match z rodzina  obok San Diego zaraz przed moja obecna.  Było świetnie, totalny chill.



  
   Na zdjęciu tramwaj, który mógłby sugerować nieźle funkcjonujaca komunikacje publiczna. Jako-taka istnieje ale nie polecam polegać tylko na niej, bo można stracić wiele czasu. Trasy trzeba też dobrze sprawdzić, bo jest ich mało i szkoda tracić czasu. 
   Byłam na spacerze od Little Italy do centrum. Tak wyglada część zabudowy w miescie.

   W prawym rogu dom mojego hosta. Miałam ogromne szczęście, bo host poświęcił mi mnóstwo czasu, pokazał mnóstwo miejsc, których nazw nawet nie pamiętam-nie musiałam się niczym martwić.  Badzcie mili, ja jestem miła i trafiam na miłe osoby :D.

I tutaj już pokaz tego z czym kojarzy się Południowa Kalifornia.














   













   Na koniec, żeby nie było za pięknie jedna z głównych plaż. Tak myślę, że  wszystko  co się dzieje wokoł piachu  tworzy klimat nie  same plaże.

czwartek, 21 stycznia 2016

Jeden z frustrujacych dni.

   Filmik na górze w celu wczucia się w sytuację. Bonus: można zobaczyć spodnie moich dzieci.

   Przyzwyczaiłam się już dojazdy autobusami z dziećmi. Znam dobrze trasy i system w jaki komunikacja publiczna działa. Zachowania dzieci też jestem w stanie przewidzieć i przez większość czasu zachowuja się one normalnie. Czasem jak każdemu odbija niestety palma na głowie i zachowuja się jak nadpoobudliwe mapki. Tak też było w ostatni czwartek. Niestety krótki dzień szkolny co oznaczało odebranie o12:30 zamiast o 2:45 co oznaczało też dla mnie odwołanie hiszpańskiego. Rozpadał się deszcz, była kłótnia o parasolki (mamy tylko dwie w domu?!), Nierozgarnięta hostka nie wzięła ogromnej torby na basen która w rezultacie musiałam wieść na wózku razem z prześcieradłami z przedszkola, plecakiem pełnym jedzenia, dwójka kłócacych się dzieci i dwulatka bez drzemki autobusem na jedna z najbardziej pokręconych tras.Inne au pairki moga wepchnać płaczace/pyskujace dzieci do auta i jechać, właczyć radio i jechać. Niestety ja nie mogę. 
   Z nowości to właśnie wróciłam z San Diego. Było fajnie. I pada deszcz często. To zdjęcia z przednia Wigilii, gdy moje samopoczucie i nastawienie było bardzo negatywne. Całe szczęście jest ocean.









czwartek, 7 stycznia 2016

Streszczenie końca grudnia.

   Poprzedni wpis to festiwal żalów a teraz przyszedł czas na pozytywny obrót światecznej dramy.        


   No i przyszły Święta. Jeżeli ktoś spotykał się ze mna na tydzień przed nimi to mógł słyszeć tylko i wyłacznie moje biadolenie i narzekanie. Na prawdę nie chciałam przedstawienia uśmiechów. Mimo wszystko dzień przed próbowałam wyjść z inicjatywa i jakoś nie mogłam się wpasować do rodzinnej sytuacji-pojawiły się niezręczne sytuacje. Byłam na tyle zdesperowana, że spędziłam wieczór z osoba której nawet nie lubię tylko po to, żeby nie jeść z nimi kolacji na która byłam zaproszona. Wszystko zmieniło się gdy pojechałam z nimi do Kościoła po którym przygotowywaliśmy razem kolację. Było inaczej niż w typowej amerykańskiej rodzinie-każdy wystrojony, całość uroczysta. Moje serce skradli dziadkowie, którzy cały czas mnie zagadywali i sa bardzo kochanymi ludźmi. Czułam się o dziwo bardzo dobrze! Następnego dnia przez cały dzień prezenty chociaż byłam pozytywnie zaskoczona-w porównaniu do innych rodzin nie było ich aż tyle. Oczywiście nie mieściły się pod choinka ale czytajac forum i obserwujac to co się działo pod innymi drzewkami to moi hości sa bardzo rozsadni chociaż niestety podwójnej wypłaty nie było :P. Postarali się z kolacja i zaskoczyli mnie bardzo miłymi słowami, które nawet na moje bardzo podejrzliwe ucho wydały się być szczere. Powiedziałam im prawdę, że jestem zaskoczona pozytywnie, bo źle się czułam (wymieniłam powody) i przytuliłyśmy się nawet z hostka w kuchni a host też  okazał na swój sposób sympatię. Ta dwuminutowa audycja bardzo dobrze opisuje co się wydarzyło w Wigilię. Przemówiłam ludzkim głosem.



   Drugiego dnia o 5 rano wyjechaliśmy do Park City-narciarskiego miasteczka przy Salt Lake City. 13 godzin w aucie z rzygajacym dzieckiem i przeziębienie-oto co mnie spotkało 26 grudnia. Nie znoszę zimy i przekonałam się o tym po raz kolejny. Obiecuję nie narzekać na pogodę tutaj.  Samo miasteczko to winter wonderland: domki, śnieg, światełka, główna ulica z barami. Mnie taki widok mimo wszystko nie wzrusza.




   Było miło i czułam się swobodnie, zostawałam tylko z dwulatka. Po tygodniu razem miałam dość i nawet ponowna podróż wydawała się przyjemna-tak bardzo chciałam być w moim pokoju z osobnym wejściem. Na prawdę doceniłam to w jakiej sytuacji się teraz znajduję. Refleksja: po raz kolejny potwierdzam, że lokalizacja jest więcej niż ważna. Tworzyliśmy zgrana rodzinę i czułam się z nimi najlepiej odkad przyjechałam a nie wyobrażałam sobie mieszkać tam dłużej. Zimno, nudno, nawet jeśli ktoś jeździ na nartach to co robić po dniu na stoku? Dobrze jest być znowu w San Francisco.