czwartek, 7 stycznia 2016

Streszczenie końca grudnia.

   Poprzedni wpis to festiwal żalów a teraz przyszedł czas na pozytywny obrót światecznej dramy.        


   No i przyszły Święta. Jeżeli ktoś spotykał się ze mna na tydzień przed nimi to mógł słyszeć tylko i wyłacznie moje biadolenie i narzekanie. Na prawdę nie chciałam przedstawienia uśmiechów. Mimo wszystko dzień przed próbowałam wyjść z inicjatywa i jakoś nie mogłam się wpasować do rodzinnej sytuacji-pojawiły się niezręczne sytuacje. Byłam na tyle zdesperowana, że spędziłam wieczór z osoba której nawet nie lubię tylko po to, żeby nie jeść z nimi kolacji na która byłam zaproszona. Wszystko zmieniło się gdy pojechałam z nimi do Kościoła po którym przygotowywaliśmy razem kolację. Było inaczej niż w typowej amerykańskiej rodzinie-każdy wystrojony, całość uroczysta. Moje serce skradli dziadkowie, którzy cały czas mnie zagadywali i sa bardzo kochanymi ludźmi. Czułam się o dziwo bardzo dobrze! Następnego dnia przez cały dzień prezenty chociaż byłam pozytywnie zaskoczona-w porównaniu do innych rodzin nie było ich aż tyle. Oczywiście nie mieściły się pod choinka ale czytajac forum i obserwujac to co się działo pod innymi drzewkami to moi hości sa bardzo rozsadni chociaż niestety podwójnej wypłaty nie było :P. Postarali się z kolacja i zaskoczyli mnie bardzo miłymi słowami, które nawet na moje bardzo podejrzliwe ucho wydały się być szczere. Powiedziałam im prawdę, że jestem zaskoczona pozytywnie, bo źle się czułam (wymieniłam powody) i przytuliłyśmy się nawet z hostka w kuchni a host też  okazał na swój sposób sympatię. Ta dwuminutowa audycja bardzo dobrze opisuje co się wydarzyło w Wigilię. Przemówiłam ludzkim głosem.



   Drugiego dnia o 5 rano wyjechaliśmy do Park City-narciarskiego miasteczka przy Salt Lake City. 13 godzin w aucie z rzygajacym dzieckiem i przeziębienie-oto co mnie spotkało 26 grudnia. Nie znoszę zimy i przekonałam się o tym po raz kolejny. Obiecuję nie narzekać na pogodę tutaj.  Samo miasteczko to winter wonderland: domki, śnieg, światełka, główna ulica z barami. Mnie taki widok mimo wszystko nie wzrusza.




   Było miło i czułam się swobodnie, zostawałam tylko z dwulatka. Po tygodniu razem miałam dość i nawet ponowna podróż wydawała się przyjemna-tak bardzo chciałam być w moim pokoju z osobnym wejściem. Na prawdę doceniłam to w jakiej sytuacji się teraz znajduję. Refleksja: po raz kolejny potwierdzam, że lokalizacja jest więcej niż ważna. Tworzyliśmy zgrana rodzinę i czułam się z nimi najlepiej odkad przyjechałam a nie wyobrażałam sobie mieszkać tam dłużej. Zimno, nudno, nawet jeśli ktoś jeździ na nartach to co robić po dniu na stoku? Dobrze jest być znowu w San Francisco.

5 komentarzy:

  1. Miasteczko wygląda magicznie! Rozumiem trochę Twoją sytuację, bo bywam w podobnej, tylko że z moim rodzeństwem... No, bywa ciężko. Pozdrawiam, trzymaj się :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No czasem ciężko mieć wolny weekend.. ja nawet jak mam off ale jak siedzę w domu to najmłodszy przychodzi do mnie i zagaduje.. i mi z jednej strony dziwnie że siedzę w pokoju, ale z drugiej strony mam wolne i zalatwiam swoje sprawy, albo odpoczywam, więc czasem ciężko.. xd

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja to mam najmniej amerykańska host rodZine pod słońcem. Oprocz miliona prezentów dla Sky nie było nic w święta:) hosci pracowali.

    I widze Olgę kurdupla!

    Tequsia

    OdpowiedzUsuń
  4. Cześć! Ruszył nowy, systematycznie prowadzony, oficjalny blog, w którym są zebrane wszystkie blogi au pair z Polski! Serdecznie zapraszam do dołączenia!
    http://aupair-poland.blogspot.com :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Gdzieś Ty tę audycję wygrzebała?! Mega pięknie powiedziane! U mnie niestety świątecznej atmosfery nie było, ale i tak nie narzekam :)
    13 h z hostami i dziećmi w jednym aucie? Nie zazdroszczę :)

    OdpowiedzUsuń